Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘wybory samorządowe’

21 listopada 2010. Prawo i Sprawiedliwość uzyskuje w Ostrowcu drugi wynik i siedmiu radnych miejskich oraz sześciu powiatowych. Piotr Kopański jest dopiero trzeci w wyścigu prezydenckim, ale z przyzwoitym wynikiem. Wszystko idzie zgodnie z planem.

26 listopada 2010. Zdumienie i niedowierzanie. PiS poza koalicją. Poza koalicją, czyli poza burtą, wypchnięty z pokładu przez rozdający karty Twój Ostrowiecki Samorząd i jego pomagierów – SLD i PO. Błąd w sztuce, zła strategia, pociągnięcie za nieodpowiednie sznurki? Klęska ma wiele imion

Wróble na mieście ćwierkają to i owo. Były rozmowy z TOS-em, wszystko szło utartym torem. I wtedy zdarzyć się miał krach. Podjęto negocjacje z Platformą, podobno na wyższym szczeblu. No bo żeby Kopański dał się w ch… zrobić? – pyta z niedowierzaniem znajomy. Nie wydaje mi się – odpowiadam.

*******************************************************************************************************

Jest październik 1998 roku. Sojusz Lewicy Demokratycznej bije na głowę zjednoczoną prawicę, zdobywając w „czerwonym” Ostrowcu 22 na 40 mandatów do Rady Miasta. Indywidualny zwycięzca wyborów – poseł Zdzisław Kałamaga jest murowanym kandydatem do objęcia fotela prezydenta Ostrowca. Prezydent wybierany jest wówczas głosami radnych. W ostatniej chwili grono skłóconych z Kałamagą działaczy lewicy wystawia kontrkandydata z … SLD Jana Szostaka. Szostak zwycięża głosami prawicy. Wśród optujących za nim znajduje się młody nauczyciel z Ekonomika Piotr Kopański. Po latach broni tamtej decyzji. Głęboka rysa w SLD, spowodowana wyborem Szostaka, przetrwała dużo dłużej niż jedna kadencja samorządu.

Piotr Kopański potrafił być Machiavellim ostrowieckiej sceny politycznej. W wyborach 2002 z koalicji partii i stronnictw prawicowych wyłamuje się Liga Polskich Rodzin. Mandatów nie zdobywa, ale zabiera głosy Ostrowieckiemu Porozumieniu Samorządowemu. W wyborach 2006 Liga nie wystawia samodzielnych list, w wyborach 2010 z Ligi nie pozostały już nawet kosteczki. Brutalne czyszczenie sceny politycznej? Bynajmniej. Finezji w rozgrywaniu politycznego mah – jonga mógłby pozazdrościć Kopańskiemu niejeden dyplomata.

Przypisywanie Piotrowi Kopańskiemu li tylko makiawelicznych cech byłoby niesprawiedliwością wobec tego polityka. Jest graczem – ale może jednym z niewielu, którzy wiedzą o co toczy się gra. I jednym z niewielu, którzy uprawiania polityki nie traktują w kategoriach finansowych. Bo polityka jest sztuką, a ludzie tacy jak Kopański – konserwatysta, czytający w oryginale Burke’a, Scrutona i Oakeshotta – są jej kapłanami. O ile jednak na Zachodzie politycy takiego stylu myślenia, takiej filozofii spojrzenia na państwo dochodzą do wysokich stanowisk rządowych, u nas zmuszeni są ścierać się z prymitywnymi partyjnymi demagogami.

*******************************************************************************************************

Piotr Kopański znalazł się obecnie pod kreską. Historia zatoczyła koło i wyautowany w 1998 Zdzisław Kałamaga powraca jako starosta, a wówczas zwycięski Kopański zostaje na lodzie. Może ślepy los, może gorszy okres? Nie podejmuję się znalezienia odpowiedzi. Jednego jestem pewien. Linie koła historii przecięły się jesienią 2010, ale nie zatrzymane wędrują dalej, by za jakiś czas złożyć się w ósemkę. W polityce nie ma ostatecznych rozwiązań. Prędzej, czy później – niezatapialny Piotr powróci.

Read Full Post »

W początkach obecnej kampanii wyborczej wybrałem się do znajomej. Wchodząc do klatki schodowej ujrzałem zawieszoną w rogu tablicy ogłoszeniowej małą ulotkę z moim nazwiskiem. Było mi miło, gdyż nikomu nie zlecałem roznoszenia materiałów wyborczych i ktoś zrobił to widocznie z własnej inicjatywy. Uścisk dłoni na ulicy, telefon ze słowami wsparcia, rozwieszenie ulotki – tego typu gesty budują człowieka. Dużo mniej budująco było, gdy wychodząc po czterdziestu minutach ujrzałem znów niemal pustą tablicę, tyle że zamiast mojej ulotki widniał niewielki plakat faceta z konkurencyjnego ugrupowania. Uśmiechnięty pan przekonywał z plakatu, że razem można więcej, czy coś takiego. Nie wiem, czy razem można lepiej wałki kręcić, czy coś innego, bo zapewne nie wisieć na jednej tablicy obok kontrkandydata. Może to dla owego pana dyshonor. Machnąłem ręką.

Epizod, który powyżej przybliżyłem, to tylko jednostkowy przykład „rzeczowej” i „kulturalnej” kampanii przed wyborami samorządowymi. Pal licho gdyby to był incydent, ale słyszałem, że co poniektórzy kandydaci wręcz wynajmują osoby do zrywania plakatów konkurencji. Samemu oczywiście, z czarującym uśmiechem, przedstawiając się jako ludzie uczciwi i kompetentni. W myśl powiedzenia klasyka, że „ciemny lud to kupi”.

Niestety, smutna to prawda, ale „ciemny lud” kupuje nie tylko polityczną gangsterkę, ale wszystkie brednie i nonsensy towarzyszącej nam kampanii wyborczej. Znany mi nauczyciel przedstawia się na plakatach wyborczych w roli społecznika. Jako prezes organizacji pozarządowej współpracującej na polu kultury i oświaty z ostrowieckimi szkołami mogę z ręką na sercu powiedzieć, że drugiego tak leniwego i gnuśnego człowieka wśród nauczycieli dotąd nie znałem. Ale nie oszukujmy się – ręka mu raczej nie zadrżała, gdy wypisywał przymioty swojego charakteru. Być może zadrżała pewnemu lekarzowi, o którym wiem od bezpośrednio zainteresowanego, że bierze łapówki. Doktor napisał coś w stylu, że jest kompetentny, chętny do pomocy (cokolwiek ta pomoc miałaby oznaczać), ale przynajmniej nie nadmienił, że jest uczciwy. Plus dla niego.

Większość osób, które czyta moje wynurzenia wzruszy ramionami i powie w duchu – „a czegoś się spodziewał”? W sumie niczego innego. Ale mam pewną satysfakcję. Zapewne ja sam przepadnę w wyborach, ale jednocześnie ci bezinteresowni nauczyciele, uczciwi biznesmeni, upudrowane panie i uśmiechnięci panowie, ta armia ludzi bez kompetencji i poglądów, za to z przeogromnymi ambicjami także w ogromnej większości polegnie. Z powodu ograniczonej liczby miejsc u koryta.

Read Full Post »

KOBYŁA U PŁOTU

Słowo miało niegdyś wielką wartość. Nie trzeba sięgać w czasy Zawiszów Czarnych, czy powieściowych Wołodyjowskich, by odnaleźć na kartach historii ludzi zasad i wartości, którzy raz danego słowa w skrajnych nawet okolicznościach nie cofali. Jeszcze w czasach ostatniej wojny, wśród ludzi dziś wymierającego pokolenia bezwzględne honorowanie danego słowa było często spotykane, a w pewnych środowiskach powszechne.

Dzisiaj nie liczy się wartość słowa, dziś liczy się marketing i PR. Obserwując toczącą się kampanię wyborczą dochodzę do wniosku, że można wszystko powiedzieć i wszystko obiecać, a potem zwyczajnie machnąć ręką. Czy słyszał ktoś o politykach, którzy by się podawali do dymisji z powodu nadużytego zaufania, niespełnionych obietnic? Jeśli tak, to chyba nie w naszym kraju.

Przechodząc wczoraj nieopodal ostrowieckiego rynku zatrzymałem się na chwilę przy banerze wyborczym Polskiego Stronnictwa Ludowego. Zerkający z niego marszałek województwa świętokrzyskiego Adam Jarubas – jak głosi podpis – „ręczy za kandydatów z PSL”. Choć mnie samemu nie przyszłoby na myśl ręczyć hurtowo za kilkaset osób, pan Jarubas ma takie prawo i nie śmiałbym przypuszczać, że słów swoich nie traktuje poważnie. Co więcej, sądzę, że jeżeli jedna z osób, za które pan Jarubas ręczy, dostanie się do samorządu, a następnie wsławi się jakimś skandalem (korupcja, jazda po pijanemu itp.), marszałek, jako niefortunny poręczyciel, sam poda się do dymisji. Wszak chyba traktuje poważnie własne słowa.

Za czasów króla Jana Sobieskiego szlachcic nazwiskiem Zaleski odgrażał się napotkanemu podczas podróży nieznajomemu, że jeśli król odmówi mu łaski, o którą jedzie prosić, to pocałuje w zad jego kobyłę. Wkrótce okazało się, że rozmawiał z samym monarchą. Na żartobliwe pytanie króla Jana, co będzie, gdy odmówi prośbie szlachcica, rezolutny Zaleski odrzekł: „słowo się rzekło, kobyła u płotu”. Kobyłka będzie czekać panie marszałku…

Read Full Post »

W minioną sobotę gościłem na obchodach trzydziestolecia „Solidarności” w Kielcach. Obecny na uroczystości sędzia Jerzy Stępień, osoba kontrowersyjna, ale przy tym mająca coś do powiedzenia, podzielił się z zebranymi własną refleksją na temat związku. Komentując rocznicowy zjazd w Gdyni nie potępił, jak to robi większość komentatorów, kontrowersyjnych wystąpień Krzywonosowej, Tuska, czy Kaczyńskiego. Nie potępił, gdyż dostrzegł w nich autentyczność podziałów, które także w 1980 roku targały stoczniowcami. Bez tych podziałów związek byłby fasadą. W 1980 były rozmowy, kłótnie i rozterki, padały zdania mądre i głupie stwierdzenia, ale właśnie z tego wykuwały się myśl, program, idea.

Otwieram przy porannej kawie lokalne gazety. Czytam, staram się analizować i bezskutecznie dopatruję się treści. Po półgodzinnej lekturze wiem, że pan X otworzył dożynki, Pani Y umieszcza swoje dossier w prasie (będzie kandydować), a Pan Z napisał komentarz polityczny, w którym jak zawsze czarne jest czarne, białe jest białe. Oświadczenia, komentarze i opinie, które łączy jedna wspólna cecha – pustosłowie.

Dlaczego ze wszystkich zdań wypowiedzianych na obchodach utkwiła mi w pamięci właśnie myśl Stępnia? Dlatego, że w dzisiejszej Polsce dramatycznie brakuje dyskursu publicznego, dlatego, że brakuje sporów i polemik o realnych problemach. Nie obchodzą mnie pierdoły serwowane przez TVN, nie obchodzi mnie błazen Palikot i krzyż na Krakowskim Przedmieściu, nie interesuje mnie, ile waży żona Komorowskiego i kiedy Marta Kaczyńska oddała klucze do pałacu prezydenckiego. To są tematy zastępcze, surogaty, jakaś plastikowa metapolityka.

Zbliżają się wybory samorządowe. Logika podpowiada, że koniec kadencji to czas podsumowań. Ale niestety – logika zawodzi. U nas kampania wyborcza nie jest czasem podsumowań, dyskusji, sporów i analiz, u nas się tylko obiecuje, przekonuje, przemawia. Wszystko a conto, w czasie przyszłym, z zaimkiem osobowym „ja” albo „my”.

Chciałbym usłyszeć poważną dyskusję o naszym mieście. Chciałbym, żeby w dyskusji tej sięgnięto w przeszłość. Chciałbym, żeby wreszcie ktoś powiedział: tego nie zrobiliśmy, tamto zawaliliśmy, tu nie daliśmy rady. Żeby rządzący i pretendujący do rządzenia spierali się nie o stołki, ale o wizje i programy, żeby do Rady Miasta nie kandydowali ludzie, którzy chcą rewaloryzować emerytury albo likwidować ZUS (bo i tacy startują), ale ci, którzy mają coś do zaproponowania swym wyborcom. Chciałbym, żeby spory rozgrywano w prasie, na forum publicznym, a nie w cieniu gabinetów – żeby buldogi wyszły wreszcie spod dywanu.

Read Full Post »

Zbliżają się powoli wybory samorządowe, prasa co raz donosi o przetasowaniach na lokalnej scenie politycznej. Cztery lata temu zapewne o tej porze ruszała machina wyborcza, ale przyznam, że sam tego nie pamiętam. Studiowałem w Krakowie i miałem swoje życie, swoje sprawy, nawet na głosowanie przyjechać nie mogłem. Z wyborami sprzed czterech lat kojarzy mi się tylko jeden mały epizod. Otóż kiedy w poniedziałek, czy wtorek zadzwoniłem do mojego przyjaciela Krzyśka, ten, nieco ironicznym głosem poinformował mnie, że jakimś cudem wszedł do Rady Miasta.

Niestety, okazało się, że to był faktycznie cud, lub raczej zwykła pomyłka w liczeniu głosów. Choć Krzysztof wiedział o tym od początku, sumiennie starał się przez trzy miesiące – dopóki nie wygasł jego mandat – wykonywać obowiązki radnego. Potem na jego miejsce wszedł emerytowany hutnik. W statystykach Krzysztof zapisał się tym, że był najmłodszym radnym miejskim w historii Ostrowca. Miał w chwili wyboru 23 lata.

Przygoda mojego kolegi z samorządem nie miała dalszego rozdziału. Wkrótce rozstał się z polityką i poszedł przejściowo pracować w … gastronomii. Jako „samorządowiec” z przedrostkiem „ci-devant”.

Przykład powyższy dotyczy człowieka, który w życiu sobie świetnie daje radę i nie musi żyć z polityki. Ale czy właśnie tacy ludzie, młodzi, ambitni, przedsiębiorczy, radzący sobie w życiu nie powinni działać w polityce, być obecni w życiu publicznym, wdrażać się do pracy w samorządzie? Nie wystarczyłoby mi palców u rąk i nóg żebym się mógł doliczyć znanych mi młodych ostrowiaków – członków organizacji pozarządowych i partii politycznych, wolontariuszy, działaczy społecznych, ludzi wielkiej energii i nie małych możliwości. Gdzie są dzisiaj? Ilu z nich funkcjonuje w życiu publicznym? Tu spokojnie starczyłoby palców jednej ręki.

Gdy sobie myślę o tym, coraz mniej optymistyczne nasuwają mi się pytania Jakie oto  perspektywy ma dzisiaj młody człowiek, który przykładowo skończył studia i chce mieszkać i pracować w Ostrowcu, a przy okazji zrobić coś dla rodzinnego miasta? Co pozostaje najzdolniejszemu choćby młodemu człowiekowi, który nie ma wysoko postawionych krewnych, który nie funkcjonuje w biznesowo – politycznym układzie?

Pytania pozostawiam bez odpowiedzi, bo albo jej nie znam albo jest zbyt trywialna, by jej publicznie udzielać. Patrzę wokół siebie i co widzę? Ludzi mchem porosłych na stanowiskach, układy, układziki, kliki, koterie, rycie dołków i wymierające miasto. Może to zbyt brutalny obraz, ale i kąt widzenia mam coraz ostrzejszy.

Ludzie z którymi swego czasu sam coś próbowałem zdziałać, ludzie z mojego pokolenia mieszkają dziś w Krakowie, Warszawie, Kielcach, Lublinie, są prawnikami, pracownikami administracji, menedżerami, ekonomistami, robią kariery. Są jednocześnie straconym pokoleniem – straconym nie dla siebie, ale dla Ostrowca.

Rokrocznie najzdolniejsi młodzi ludzie wyjeżdżają z rodzinnego miasta. Rokrocznie Ostrowiec ubożeje przez to, że kapitał ludzkiej wiedzy i zdolności jest wyprowadzany do dużych metropolii. Ale czy to kogoś obchodzi? Czy któryś polityk zaprząta sobie głowę takimi detalami? Niech sobie miasto spokojnie wymiera. Mamy już rynek wyglądający jak trumna, wystarczy tylko przytrzasnąć wieko.

Read Full Post »