Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘solidarność’

Rankiem 13 grudnia tak naprawdę nikt niczego nie wiedział. Nocą zatrzymano kilkunastu działaczy ostrowieckiej „Solidarności”, kilku innym udało się zbiec na hutę, panowała bezradność, niepewność, brak wiedzy o tym, co się wydarzyło w Polsce…

Poczucie bezładu, jakie udzieliło się pozostającym na wolności działaczom „Solidarności”, towarzyszyło także ich adwersarzom. Wąska ekipa z Jaruzelskim na czele, przygotowując wprowadzenie stanu wojennego, siłą rzeczy musiała zachować daleko idącą konspirację. Coś się czuło w powietrzu – to powtarza zgodnie większość uczestników tamtych wydarzeń – ale nikt do końca nie wiedział, kiedy i skąd spadnie cios. Nie wiedzieli tego różnego rodzaju aktywiści partyjni, którzy rankiem 13 grudnia obudzili się w nowej rzeczywistości. Do chwili tryumfu było jeszcze daleko.

Siedziba Komitetu Miejskiego PZPR powoli się zapełniała. Łącznie zebrało się tam blisko 150 osób – kwiat ostrowieckiego aktywu partyjnego. Obok nich – oficerowie LWP. Perspektywa powoli się rozjaśniała. Wiedziano już o wprowadzeniu stanu wojennego, tylko jeszcze nie było pewnym, komu przyjdzie się bronić. Stanisław Król, weteran walk Armii Ludowej, stwierdzał: „Liczono się z tym, że ci członkowie Partii w każdej chwili mogą zostać uzbrojeni”. Czyżby faktycznie bano się szturmu budynku przez „Solidarność”? Bogusław Jurys chyba nieprzypadkowo nazwał zgromadzony aktyw Grupą Samoobrony.

Bojowych nastrojów aktywu zapewne nie podzielał sekretarz Komitetu Zakładowego PZPR huty Bolesław Rybak. Nie był typem partyjnego „jastrzębia”, a sytuacja najwyraźniej go przerosła. „Aktyw partyjny był nieprzygotowany, nie znał sytuacji. Nie było łączności ani informacji.” – tłumaczył fakt przystąpienia do strajku sporej liczby członków PZPR. Nie tylko jemu przyszło się tłumaczyć z podjętych (bądź niepodjętych) działań. Z zarzutami spotkało się także kierownictwo huty. Nie zmilitaryzowano strefy przemysłowej, wskutek czego „ekstremiści byli wewnątrz zakładu i działali swobodnie” – formułował swoje zarzuty komendant MO Andrzej Żelazny. Przynajmniej milicja, w ocenie komendanta, nie zawiodła.

14 grudnia nastroje wśród członków PZPR znacznie się polepszyły. W Komitecie Miejskim nikt już nie mówił o uzbrojeniu aktywu, oczekiwano natomiast na przywrócenie porządku w hucie. Niepokorni związkowcy, pomimo prób mediacji ze strony dyrektora Adama Śniadowskiego, nie godzili się na przerwanie strajku. Około godz. 16.00 przyjechał do Ostrowca dowódca Wojewódzkiego Komitetu Obrony Kraju płk Stanisław Iwański. Był zdeterminowany zakończyć strajk przed północą.

Determinacji i pewności pułkownika raczej nie podzielali wystawieni na pierwszą linię tajni współpracownicy SB. Dla bardziej zorientowanego w pracy agenturalnej TW „Andrzeja” dzień upłynął tradycyjnie – na zdobywaniu wiadomości. Zapewne bardziej podenerwowany był nowicjusz w zawodzie TW „Kazik”. Tego dnia miał pecha – na czele strajku w macierzystym wydziale na Starym Zakładzie stanął jego osobisty wróg, z którym niedawno miał epizod bójki na pięści. Pomimo tego „Kazik” starał się wykonywać swoje obowiązki – nie mogąc w godzinach popołudniowych dyskretnie się ulotnić, przekazał pisemny raport przez oficera MO stojącego przy bramie wyjściowej.

Pierwszy etap stanu wojennego zakończył się niedługo po północy 15 grudnia. Strajk w hucie dobiegł końca. Z pewnością nie opadły emocje. Na posiedzeniu Egzekutywy Komitetu Miejskiego PZPR kilku zdenerwowanych panów przystąpiło do rozrachunków. Wojskowy komisarz na teren miasta ppłk Zdzisław Chmielewski grzmiał, że „załogi nie znają dekretu Rady Państwa, a w zakładach pracy wiszą nadal hasła, emblematy i ulotki Solidarności”. Wtórował mu Andrzej Żelazny. Gorliwością wykazał się niejaki Żarski, sekretarz jednego z komitetów wydziałowych na Starym Zakładzie. Ogłosił się on „komisarzem politycznym”, co było przesadą nawet dla kolegów z PZPR, którzy wystąpili o naganę partyjną dla Żarskiego. Nie wszystkich zresztą opanowała gorączka rozliczeń i szukania winnych. Bolesław Rybak bronił należących do „Solidarności” członków PZPR, wstawił się nawet za przywódcą strajku Andrzejem Dudkiem, w podobnym tonie wypowiadali się Waldemar Kowalski i Andrzej Pietrzyk.

Rozliczenia, skreślenia, wydalenia i procesy trwały jeszcze przez większą część 1982 roku. Wszystko jednak powoli wracało do normy. Nomenklatura – po epizodzie zwanym „karnawałem Solidarności” – znów zaczęła rządzić.

 

artykuł ukazał się uprzednio

w „Gazecie Ostrowieckiej”

Read Full Post »

Około dwa tygodnie temu kupiłem w kieleckiej księgarni jeden z siedmiu tomów wydanej przez IPN monografii „NSZZ Solidarność 1980 – 1989”. Choć na pozór nie ma nic niezwykłego w tym, że czołowa instytucja naukowa wydaje rocznicowe opracowanie na temat ważnego ruchu społecznego, jest to jednak fakt godny odnotowania. Jeżeli bowiem chciałbym jako historyk polecić jakąś pozycję dotyczącą historii „Solidarności” z okresu li tylko 1980 – 1981, musiałbym chyba sięgnąć po pracę Jerzego Holzera. Wydaną w Paryżu, w roku 1984!

Czy nie wydaje się zastanawiającym, dlaczego wielomilionowy ruch społeczny, który tak zdecydowanie wpłynął na najnowszą historię Polski, nie doczekał się jak dotąd porządnej historycznej monografii? Czy nie jest dziwnym, że choć wydano dziesiątki lepszych czy gorszych opracowań socjologicznych i politologicznych, drugie dziesiątki różnej wartości wspomnień i kiczowatych z reguły pozycji albumowych, tak niewielu historyków odważyło się dotknąć sedna tematu – dat, faktów, nazwisk?

Obserwowaliśmy nie tak dawno słynny już rocznicowy zjazd Solidarności w Gdyni i emocjonalne wystąpienie pani Henryki Krzywonos. Była tramwajarka została w mig okrzyknięta przez „salon” czołową bohaterką Sierpnia, zaczęła robić karierę w mediach, a dziś słyszę, że została zaproszona na kongres poparcia Palikota. Podobnych przypadków w przeciągu ostatnich lat było bez liku – a to kogoś, stalinowską praktyką, w ogóle się wymazuje z historii, a to pojawiają się różni nowi, skrojeni wedle politycznych potrzeb, bohaterowie.

Nie odbieram pani Krzywonos historycznych zasług, ani nie obwiniam o grzebanie w historii jednej tylko opcji postsolidarnościowej, ale staram się na powyższym przykładzie ukazać istniejący problem. Oto bowiem trzydzieści lat od powstania „Solidarności” i dwadzieścia lat od wygrania przez nią wyborów, historia ruchu wciąż jest jednym wielkim mitem, opowieścią o zasługach, ulotkach i styropianie, z której każdy wybiera to, co mu najbardziej pasuje.

Kilka lat temu wyszła głośna książka Cenckiewicza i Gontarczyka o Lechu Wałęsie. Na obu historyków został wylany przez obrońców wielkości byłego prezydenta kubeł pomyj. Bynajmniej nie za to, że książka była paszkwilem w stylu Wyszkowskiego. Wówczas „salon” miałby jeszcze jeden dowód oszołomstwa i ślepej nienawiści „nadwornych historyków PiS-u”. Problem leżał w tym, że książka naukowców z IPN-u była pracą, której niczego od strony formalnej nie można było zarzucić. Przeciwnikom „odbrązawiania” Wałęsy pozostał jedynie arsenał inwektyw. Tabu zostało przełamane.

Monumentalna, siedmiotomowa, napisana przez sześćdziesięciu autorów publikacja IPN poświęcona historii „Solidarności” z pewnością wzbudzi ogromne kontrowersje. Otwieram indeks i widzę wymienionych z imienia i nazwiska kilkudziesięciu donosicieli. Wymienionych nie na liście Wildsteina, nie w anonimowej broszurze, lecz w poważnej publikacji naukowej, którą ktoś sygnuje własnym nazwiskiem. Po trzydziestu latach od powstania związku wreszcie przestano Polakom serwować lukrowane historie, a zaczęto pisać poważnie o rzeczach niekoniecznie dla wszystkich wygodnych.

Monografia „Solidarności” nie obali mitu wielkiego dziesięciomilionowego ruchu, gdyż mit ten trwale zakorzenił się w naszej świadomości. Ale być może choć w pewnym stopniu go zweryfikuje. Z pożytkiem dla nas samych, bo, jak pisał Józef Mackiewicz, tylko prawda jest ciekawa.

Read Full Post »

W minioną sobotę gościłem na obchodach trzydziestolecia „Solidarności” w Kielcach. Obecny na uroczystości sędzia Jerzy Stępień, osoba kontrowersyjna, ale przy tym mająca coś do powiedzenia, podzielił się z zebranymi własną refleksją na temat związku. Komentując rocznicowy zjazd w Gdyni nie potępił, jak to robi większość komentatorów, kontrowersyjnych wystąpień Krzywonosowej, Tuska, czy Kaczyńskiego. Nie potępił, gdyż dostrzegł w nich autentyczność podziałów, które także w 1980 roku targały stoczniowcami. Bez tych podziałów związek byłby fasadą. W 1980 były rozmowy, kłótnie i rozterki, padały zdania mądre i głupie stwierdzenia, ale właśnie z tego wykuwały się myśl, program, idea.

Otwieram przy porannej kawie lokalne gazety. Czytam, staram się analizować i bezskutecznie dopatruję się treści. Po półgodzinnej lekturze wiem, że pan X otworzył dożynki, Pani Y umieszcza swoje dossier w prasie (będzie kandydować), a Pan Z napisał komentarz polityczny, w którym jak zawsze czarne jest czarne, białe jest białe. Oświadczenia, komentarze i opinie, które łączy jedna wspólna cecha – pustosłowie.

Dlaczego ze wszystkich zdań wypowiedzianych na obchodach utkwiła mi w pamięci właśnie myśl Stępnia? Dlatego, że w dzisiejszej Polsce dramatycznie brakuje dyskursu publicznego, dlatego, że brakuje sporów i polemik o realnych problemach. Nie obchodzą mnie pierdoły serwowane przez TVN, nie obchodzi mnie błazen Palikot i krzyż na Krakowskim Przedmieściu, nie interesuje mnie, ile waży żona Komorowskiego i kiedy Marta Kaczyńska oddała klucze do pałacu prezydenckiego. To są tematy zastępcze, surogaty, jakaś plastikowa metapolityka.

Zbliżają się wybory samorządowe. Logika podpowiada, że koniec kadencji to czas podsumowań. Ale niestety – logika zawodzi. U nas kampania wyborcza nie jest czasem podsumowań, dyskusji, sporów i analiz, u nas się tylko obiecuje, przekonuje, przemawia. Wszystko a conto, w czasie przyszłym, z zaimkiem osobowym „ja” albo „my”.

Chciałbym usłyszeć poważną dyskusję o naszym mieście. Chciałbym, żeby w dyskusji tej sięgnięto w przeszłość. Chciałbym, żeby wreszcie ktoś powiedział: tego nie zrobiliśmy, tamto zawaliliśmy, tu nie daliśmy rady. Żeby rządzący i pretendujący do rządzenia spierali się nie o stołki, ale o wizje i programy, żeby do Rady Miasta nie kandydowali ludzie, którzy chcą rewaloryzować emerytury albo likwidować ZUS (bo i tacy startują), ale ci, którzy mają coś do zaproponowania swym wyborcom. Chciałbym, żeby spory rozgrywano w prasie, na forum publicznym, a nie w cieniu gabinetów – żeby buldogi wyszły wreszcie spod dywanu.

Read Full Post »

Zastanawiałem się w jaki sposób mnie, młodemu historykowi, wypada napisać o trzydziestej rocznicy powstania „Solidarności”. Czy uderzyć w patetyczny dzwon i w wielkich słowach napisać o Rocznicy, o Związku, o Idei, czy też odwrotnie – żółcią nakreślić zmarnowane szanse, utracone nadzieje, przekreślone życiorysy? Czy pisząc o „Solidarności” trzymać się faktów, dat i nazwisk, czy też pokusić się o konteksty? Deliberując w ten sposób nad wyborem stylu, formy i treści doszedłem do wniosku, że może historia „Solidarności” jest właśnie słodko – kwaśna, biała i czerwona, wybiegająca poza schematy, kontury i proste interpretacje, pozbawiona łatwych pytań i banalnych odpowiedzi.

„Solidarność” to idea. Ale nie idea powstała w zakurzonej bibliotece, w umyśle wybitnego inteligenta, lecz odkuwana kilofami górników, hartowana w hutniczych piecach. To myśl, która zrodziła się nie z przeczytanych książek, lecz z przepracowanych dni i nieprzespanych nocy, z przestanych w kolejkach sklepowych godzin i z zawiedzionych nadziei tych, których przez lata łudzono, że budują lepszą, socjalistyczną Polskę.

„Solidarność” to ruch społeczny. Nie partia, stronnictwo, nie statuty i paragrafy, lecz najbardziej autentyczny ruch społeczny, gdzie jeden człowiek stanął obok drugiego, gdyż obaj pragnęli chleba i wolności.

Wreszcie „Solidarność” to ludzie. Górnik z Jastrzębia i hutnik z Ostrowca, wstrzymująca ruch tramwajarka i rzucająca wyzwanie Partii suwnicowa ze stoczni, pobity na śmierć student i ksiądz zamordowany za to, ze głosił kazania o wolnej Polsce. To ci wszyscy, którzy zakładali komisje zakładowe, strajkowali, szli do więzień i obozów internowania. Nielicznym wolna Polska odpłaciła urzędami i orderami, większości – bezrobociem, wzgardą, zapomnieniem.

Ale „Solidarność” to także pyszałek, który myśląc o związku mówił „ja” i potem, dla własnego egoizmu, sięgał po prezydenturę, to „działacze” – głupi, pazerni, przekupni i chciwi. To stołki i urzędy dla miernot i ochłap rzucony najbardziej zasłużonym. To „realizm polityczny” i kompromisy Magdalenki, Okrągłego Stołu, wybór Jaruzelskiego i zaprzepaszczona dekomunizacja.

„Solidarność” to nasza historia i nasze dziedzictwo, którego nie można odmalowywać w pastelowych barwach, ani którego nie można odrzucić, ale z którego należy czerpać jak czerpiemy z cudu nad Wisłą i ruin Powstania, z naszych klęsk i zwycięstw, wielkich dni i momentów tragicznych. Oczywiście znów się okaże, że rocznica bardziej dzieli Polaków niż łączy. Znów padną słowa niepotrzebne, nieważne i błahe, znów sens tamtego Sierpnia utonie w przemówieniach i oświadczeniach, w politycznych deklaracjach i obietnicach, które nie zostaną spełnione. Lecz chyba najgorsze w tym jest to, że milczeć będą Ci, którzy powinni mówić, a odezwą się Ci, którzy mogliby już zamilknąć.

tekst ukazał się we wczorajszych

„Wiadomościach Świętokrzyskich”

Read Full Post »