Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘msz’

Wczoraj media elektroniczne podały bardzo symptomatyczny przykład promocji kultury – nazwijmy –  alternatywnej. Chodzi mianowicie o zrealizowany w ramach projektu „Haft miejski” billboard, który pojawił się w pięciu największych polskich miastach. Jego istotą są słowa: „Zimo wypierdalaj”. Mnie osobiście treść billboardu bynajmniej nie kojarzy się ze sztuką, nawet szeroko pojmowaną. Ani z kulturą. Ale może to tylko pozory. Może współczesnym dziełom artystycznym potrzebna jest dosłowność, żeby były odpowiednio zrozumiane, żeby mogły przebić się przez kicz. Ironizuję? Chyba nie, skoro projekt został dofinansowany przez resort kultury.

Niestety innowacyjne formy promowania kultury nie mają ostatnio dobrej prasy, a kolejne artystyczne inicjatywy dotowane przez polskie ministerstwa są przez media niezbyt przychylnie przyjmowane. Zaledwie kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że rok chopinowski ma w Niemczech promować wydany przez MSZ i ambasadę polską w Berlinie komiks o tytule „Chopin New Romantic”. Przyznam, że lekturę komiksów zakończyłem lata temu na „Tytusie, Romku i A’tomku”, więc raczej nie nadążam za nowymi trendami. Zresztą wyobraźnię moją przekracza myśl, że sympatyczny Tytus mógłby używać określeń: „cipa”, „chuj”, „koniowalenie”, czy – stanowiący wkład w dziedzinę słowotwórstwa – „jebany cweloholokaust”. Najciekawsze jest przy tym jednak to, że owa nowa neochopinowska romantyka miała promować muzykę wielkiego artysty wśród młodzieży niemieckich szkół. Widocznie mądre głowy w ministerstwie uznały, że muzyka mistrza sama się nie obroni i żeby dotrzeć do tępych chamków w bluzach z kapturami, należy przemówić do nich więziennym slangiem. Zapewne, zauroczeni, sięgnęliby po chopinowskie mazurki i polonezy…

Pomysł promocji kultury przez wulgaryzmy nie wziął się z niczego. Dziś w massmediach przebija się to, co mocne, głośne, dosłowne. Sztuka musi być jaskrawa, słowa muszą brzmieć dobitnie. Przykład pierwszy z brzegu – kreujący się na autorytet moralny charyzmatyczny niegdyś Zbigniew Hołdys przebija się do świadomości społecznej nie recenzjami muzycznymi, lecz recenzowaniem otaczającej rzeczywistości. „Zdemoralizowane chuje” (o kolegach z branży), „ponury chuj” (o Kaczyńskim), „szmaty dziennikarskie” (o „Rzeczpospolitej”), to tylko niektóre z określeń muzyka, który eufemizmów nie zwykł używać. Dzięki takiemu, a nie innemu formułowaniu myśli (bo chyba raczej nie dzięki publicystycznej przenikliwości) Hołdys wciąż funkcjonuje w świadomości publicznej. Resorty kultury i spraw zagranicznych widocznie postanowiły z dosłowności muzyka i wielu innych polskich artystów wziąć przykład. I promują kulturę przez wielkie „K” słowami przez małe „ch”. Dosłowność jest w cenie. A Chopin? Chuj z Chopinem.

Read Full Post »

Wczoraj ukazała się w mediach kolejna z rzędu informacja, że polskie MSZ rozważa zaostrzenie polityki wobec Wilna. Powodem zmiany dyplomatycznego kursu ma być prowokacyjne wręcz łamanie przez władze Republiki Litewskiej praw polskiej mniejszości zamieszkującej Wileńszczyznę. Problem ten ciągnie się od lat zgoła dwudziestu i obejmuje takie kwestie, jak przymusowa lituanizacja polskich nazwisk, pisownia dwujęzycznych nazw oraz nierozwiązana sprawa zwrotu Polakom znacjonalizowanej przez komunistów ziemi. Do tych od lat nieuregulowanych problemów dochodzi sprawa fatalnego traktowania przez tamtejszą administrację największej polskiej inwestycji na Litwie – rafinerii w Możejkach.

Dzisiejsze stosunki polsko –litewskie są problemem politycznym, ale jednocześnie tkwią tak głęboko, jak tylko się da w historii, w kulturze, w mentalności. Kiedy w 1918 powstawała niepodległa Polska, dawna unia z Litwą i tradycja Rzeczpospolitej Obojga Narodów były już tylko mrzonką, ideą, wyblakłym wspomnieniem. Choć jeszcze powstańcy styczniowi śpiewali w nadniemeńskich puszczach „obok Orła znak Pogoni…”, w pokoleniu ich synów i wnuków rozmyła się tradycja wspólnej walki przeciw zaborcy. Pozostała niechęć i wzajemna nieufność.

Litwini zyskali w przeciągu XIX wieku świadomość narodową, ale zyskali coś jeszcze. Wielki, zakorzeniony w mentalności kompleks polski, którzy nie przestał im towarzyszyć po dzień dzisiejszy. Mały liczebnie, chłopski naród nie posiadał elit – te dawno się spolonizowały, nie posiadał historii – tą „zawłaszczyli” sobie Polacy, nie posiadał historycznego, starego Wilna, gdzie w okresie międzywojennym Litwinów było nie więcej niż 2%. Pozostał im silny, żywy nacjonalizm i mur wrogości, który uparcie wznoszono między Kownem a Warszawą.

W dwudziestoleciu międzywojennym stosunki między Polską a Litwą wyglądały fatalnie. Litwini, których nie było niemal wcale na Wileńszczyźnie, nie zapomnieli Polakom „buntu” Żeligowskiego i zajęcia Wilna. Odrzucili lekką ręką polski program federacyjny, odrzucili całą tradycję unii polsko –litewskich, wymazując z kart historii „renegata” Jagiełłę i stawiając pomniki Januszowi Radziwiłłowi. A jednocześnie zamykali się w swym nacjonalizmie. „Nie w tym bowiem leży trudność porozumienia polsko – litewskiego – pisał wybitny pisarz Józef Mackiewicz – że Litwini chcą za dużo, tylko w tym, że chcą za mało. Nie w tym, że anektują nam Mickiewicza, ale w tym, że się go zaczynają wypierać. Nowa Litwa, zrywając kolejno z tradycjami politycznymi starej, przedzierzgnęła się w państwo ciasnonacjonalistyczne, które przyszłość swą widziało w odwróceniu od przeszłości. A my ze swej strony uczyniliśmy wszystko, by Litwinów w ich etnograficznym odosobnieniu utwierdzić”.

Pierwsza odsłona trudnego sąsiedztwa dwóch narodów w XX wieku zakończyła się tragiczną, haniebną kartą zapisaną podczas II wojny światowej. Kartą znaczoną salwami litewskich plutonów egzekucyjnych w lasach ponarskich. Jeżeli Polacy popełniali względem Litwinów błędy, jeżeli nasze elity nie potrafiły zrozumieć dążeń młodego narodu, to ten wziął sobie za to krwawy odwet w latach 1942 – 1944.

Wyniki konferencji jałtańskiej wydawałoby się zlikwidowały stały punkt tarć polsko –litewskich i główną przyczynę konfliktu między obu narodami – spór o Wilno. Choć Jałtę narzucono Polsce siłą, przecież nikt w 1989, w chwili odzyskiwania niezależności, nie zamierzał jej obalać. Stąd też nic dziwnego, że polskie elity, w sumie niezależnie od barwy politycznej, przyjęły za wyznacznik polityki wschodniej wypracowany na emigracji program giedroyciowski, nakazujący wspierać – w imię interesów Polski – niepodległość Litwy, Ukrainy i Białorusi. Najbardziej wytrwałym realizatorem linii politycznej określonej przez redaktora „Kultury”, był w wolnej Polsce Lech Kaczyński.

III Rzeczpospolita od momentu ogłoszenia przez Litwę niepodległości prowadziła wobec postsowieckiej republiki politykę wręcz przyjazną. Patronowaliśmy wszystkim europejskim inicjatywom rządu w Wilnie, a polskie samoloty chroniły w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego litewskie niebo. W zamian polską mniejszość spotykały represje, właściwe krajom trzeciego świata. Brak możliwości zapisu nazwiska za pomocą polskich znaków diaktrycznych (mimo, że Litwini w Polsce mogą takowych używać), lituanizowanie nazwisk, czy szykany za dwujęzyczne nazwy w miejscowościach zamieszkanych w 90% przez Polaków – to tylko niektóre z nich.

Uważam, że dialog z Litwinami jest potrzebny, a wręcz jest polską racją stanu. I, że powinniśmy dążyć do sojuszu strategicznego z Wilnem. Ale nie za wszelką cenę. Czy to się litewskim nacjonalistom podoba, czy nie, polska mniejszość ostała się na Wileńszczyźnie i ma prawo do rozwoju swojej kultury i rodzimego języka. Polacy w Wilnie, Trokach, czy Solecznikach nie są przybyszami, lecz autochtonami, żyjącymi na ziemi przodków od kilkuset lat i choćby z tej racji nie mogą być traktowani przez władze litewskie, jak obywatele drugiej kategorii.

Kiedy w 1938 Litwini zastrzelili na granicy polskiego żołnierza, Warszawa postawiła dywizje w gotowości marszu na Kowno. Ostatecznie Litwini się ugięli, nawiązali normalne stosunki dyplomatyczne i – wbrew pozorom – stosunki między obu państwami na przeszło rok stały się lepsze, niż kiedykolwiek wcześniej. Może i dziś w Warszawie ktoś wreszcie powinien porządnie – toutes proportions gardées – uderzyć pięścią w stół.

Read Full Post »

W niedawno udzielonym „Rzeczpospolitej” wywiadzie prezydent Komorowski indagowany o przyszłość stosunków polsko – gruzińskich dał przykład swego myślenia o kwestii wschodniej. Zapytany o Gruzję, oprócz standardowych stwierdzeń o staniu na stanowisku niepodzielności terytorium kaukaskiego państwa, Komorowski pozwolił sobie na dość szorstkie stwierdzenie, że nie pojedzie za granicę tylko dlatego, że takie jest życzenie Saakaszwilego. Dla osób śledzących wydarzenia polityczne była to czytelna aluzja do wyprawy Lecha Kaczyńskiego i kilku środkowoeuropejskich prezydentów latem 2008 do Tbilisi. To truizm, podobnie jak truizmem jest przypominanie komentarzy Komorowskiego na temat gruzińskiej polityki swojego poprzednika – istotnym jest za to pytanie, jaką politykę wschodnią sam zamierza uprawiać?

W tym miejscu cofnijmy się kilka lat wstecz. Lech Kaczyński z uporem maniaka – powiedzą przeciwnicy – montuje antyrosyjskie koalicje, jeździ na Litwę, wspiera prozachodniego Juszczenkę, wchodzi w egzotyczny sojusz z Saakaszwilim. Czy kierowały nim fobia, uprzedzenie, nienawiść, ślepa zawziętość? Czy też może jako pierwszy polityk w III RP próbował samodzielnie walczyć o pozycję Polski w regionie?

Kaczyński może nie był wybitnym mężem stanu, wielkim politycznym wizjonerem, ale niewątpliwie był człowiekiem o szerokich horyzontach i pojętnym uczniem tych, którzy uczyli Polaków geopolityki: Piłsudskiego i Giedroycia. W przeciągu ostatnich stu lat Polska miała dwukrotną szansę przelicytowania Rosji. Pierwszej z nich – w roku 1920 – słabe państwo polskie nie wykorzystało. Laik powie – zwycięstwo, cud nad Wisłą, historyk spojrzy dalej. Pokój ryski, oddanie Sowietom Mińszczyzny, klęska koncepcji federacyjnych, upadek Ukrainy i Kaukazu, wielka wizja wyparta przez polityczny pragmatyzm. I oto, po niespełna 90 latach, rodzi się niespodziewanie druga szansa nawiązania równorzędnej gry. Polska, oparta plecami o zachód, znów zaczyna przemawiać w imieniu Europy Środkowo – Wschodniej. Machanie szabelką – powie większość, powrót do zarzuconych koncepcji – odpowiedzą niektórzy.

Polityka wschodnia Kaczyńskiego nie była wolna od błędów, ale była oparta o konkretną wizję. Jakiś polityk nazwał ją awanturnictwem, jakiś były komunistyczny gensek mówił o fobii antyrosyjskiej – normalny skowyt tłumu. Kaczyński może mylił się w rachubach, ale błędy popełniali więksi od niego. Miał jednak przy tym śmiałą koncepcję,  jakiej nie miał przed nim żaden polityk III RP.

Wschodnie zaangażowanie Kaczyńskiego skończyło się porażką jeszcze przed tragicznym lotem smoleńskim. Obóz prozachodni opuściła Ukraina, Saakaszwili zaczął tępić u siebie demokratyczną opozycję, Litwini znów dali się ponieść swemu ciasnemu nacjonalizmowi  uchwalając kolejną ustawę skierowaną w polską mniejszość. Zmontowana przez Kaczyńskiego koalicja poczęła pękać w szwach. Ale nawet jeżeli uznamy, że Kaczyński przegrał na wschodzie, to czy możemy go za to potępiać? Gdybyśmy cenić mieli jedynie zwycięzców, któż ostałby się w rodzimej historii?

Dziś prezydent Bronisław Komorowski odcinając się od sojuszy Kaczyńskiego powraca na utarte tory polityki bylejakości i siedzenia cicho, polityki Wałęsów i Kwaśniewskich. Napisze „Gazeta Polska”, że Komorowski reprezentuje lobby prorosyjskie – moim zdaniem nie jest to prawdą. Problem leży w tym, że Komorowski nie reprezentuje nie tylko żadnego lobby, ale żadnych poglądów i żadnej idei. Grzebiąc jedną koncepcję, intelektualnie nie jest w stanie stworzyć żadnej alternatywnej.

W pierwszą nieoficjalną wizytę wybrał się prezydent na Litwę. Było – jak relacjonują tamtejsze media – miło i przyjemnie, kameralnie i bez zbędnych emocji. W przeciwieństwie do politycznych wizyt Kaczyńskiego, który wciągał Wilno do „antyrosyjskich awantur”, Komorowski awantur wszczynać nie będzie, woli rozdawać uśmiechy, niż grozić palcem. Nie będzie też urządzał eskapad do Tbilisi, wszak potrafi powiedzieć natrętnemu Saakaszwilemu twarde „niet”. Rosyjskie media nie raz napiszą o prezydenturze kompromisu, a i Berlin i Bruksela będą zadowolone. Europa wszak lubi takich polityków.

Read Full Post »