Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘kresy wschodnie’

Są takie wydarzenia w historii, o których nawet zawodowy badacz dziejów nie waha się pisać żółcią i goryczą. 7 lipca minęła 68. rocznica początku operacji Ostra Brama na Wileńszczyźnie.

Latem 1944 roku polityczno – militarna sytuacja na ziemiach polskich na wschód od Bugu była zła. Była gorsza od przewidywań czynionych jeszcze rok czy dwa lata wcześniej. Polski rząd, politycy, zwykli obywatele od początku wojny niemiecko – sowieckiej zakładali powtórkę z historii, wierzyli w wariant z 1918 roku, kiedy Niemcy, rozbiwszy Rosjan, sami pogrążyli się w chaosie rozprężenia i rewolucji. W roku 1944 nic takiego nie miało miejsca. Front wschodni nie tylko nie rozsypał się gdzieś w stepach Powołża, ale niczym walec, toczył się na zachód, ku Wilnu,  Lwowu, Warszawie.

Przynajmniej od 1943 roku wiadomo było, że Związek Sowiecki nie uszanuje praw Polski do jej przedwojennych granic. Odpowiedzią na zagrożenie miała być Akcja Burza, polegająca na wzmożonej dywersji na tyłach cofającej się armii niemieckiej. Militarne znaczenie Burzy wobec walczących fa froncie niemieckich i sowieckich korpusów i armii pancernych było znikome, politycznie – miała ona potwierdzić prawa Polski do Kresów, ukazać Polaków w roli gospodarzy tych ziem.

Pierwsze działania „burzowe” miały miejsce na Wołyniu, gdzie walkę podjęła 27 Dywizja Piechoty AK. Ale dużo większą politycznie wymowę miały mieć  walki o Wilno i Lwów. Niepomne na doświadczenia z 17 września, na Katyń, na enuncjacje sowieckiej dyplomacji kwestionujące prawa Polski do Ziem Wschodnich, wreszcie na nienajlepsze doświadczenia z Wołynia, dowództwo AK, przy akceptacji rządu londyńskiego, wydało rozkaz ataku.

Tysiące kilometrów od Wilna wychodzący na Bliskim Wschodzie „Dziennik Żołnierza APW” pisał w tym czasie: „Dzień pokoju musi być dniem sprawiedliwości. W tym dniu zadzwonią radośnie dzwony wileńskich kościołów, pochylą się nasze zwycięskie sztandary przed Ostrą Bramą, a z piersi polskich żołnierzy i ludu Wilna popłynie ku niebiosom ta sama pieśń dziękczynna”.

Cudu nad Wilią nie było. Generał „Wilk”, dowódca Okręgu Wileńskiego AK, wykonał rozkaz walki, chcąc zdobyć stolicę Kresów Północno – Wschodnich przed nacierającą od wschodu Armią Czerwoną. Po załamaniu się pierwszego ataku oddziałów AK na ufortyfikowane miasto doszło do zaciętych walk o kresowy gród między wojskami sowieckimi i wspomagającym je Konspiracyjnym Garnizonem Wilna, a broniącymi Wilna Niemcami. Po kilku dniach polska flaga, po raz ostatni, załopotała nad starym Wilnem.

Wówczas jednak los polskich żołnierzy był już przesądzony. Premier Mikołajczyk, przewidując rozwój wydarzeń, zaapelował 18 lipca do Winstona Churchilla o wysłanie brytyjskiego oficera łącznikowego do oddziałów polskich na Wileńszczyźnie. Szef polskiego rządu miał zapewne nadzieję, że powaga misji brytyjskiej uchroni polskich partyzantów przez agresją ze strony Sowietów – nie wiedział jeszcze, że dzień wcześniej Sowieci bezceremonialnie aresztowali ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” i internowali większość oddziałów AK na Wileńszczyźnie. Dwa tygodnie później los wilnian podzielili lwowiacy.

Akcja Burza zakończyła się polityczną klęską. Rząd polski, rzucając tysiące najlepszej młodzieży w beznadziejny bój, pozbawiał się ostatnich kart w rozgrywce o Kresy Wschodnie. Kilka tygodni później świat milcząco obserwował dramat Warszawy – o Kresach nikt poza Polakami nie chciał pamiętać. Wileński konserwatysta Stanisław Cat – Mackiewicz, podsumowując Burzę na Wileńszczyźnie, gorzko napisał: „Rząd Polski Podziemnej chciał zbawiać Warszawę kosztem oddania Wilna Rosji, to nie miał prawa rozkazywać dzieciom wileńskim, aby szły na pomoc Rosjanom w zdobywaniu Wilna”.

Reklamy

Read Full Post »

„(…)Usnął park, już znużony po wyroku więzień,

Co śmierci się na jawie rozważać nie waży

Za to snem się zawczasu z jej bezwładem brata…

…Kiedy żar łun ostatnich między pnie się wgniata,

noc narasta od wschodu…”

Beata Obertyńska, 1939

17 września 1939 Sowieci, realizując postanowienia tajnego protokołu paktu Ribbentrop – Mołotow, zdradziecko napadli na Polskę. Ziścił się czarny sen marszałka Piłsudskiego o wojnie na dwa fronty – wojnie beznadziejnej, bo z góry przegranej. Trudno zresztą mówić o wojnie, która nawet formalnie nie została wypowiedziana. Z jednej strony 700 tysięcy krasnoarmiejców, z drugiej nieliczne bataliony KOP-u i wojska, harcerze, policjanci, ludność cywilna, strażnice wojskowe na Podolu i bohaterskie Grodno. Nie było pięknej epopei, słów o honorze i szarż ułańskich – była krótka, bandycka napaść i gangsterski „nóż w plecy”. Potem zaś tylko cisza, przerywana strzałami Katynia i gwizdem lokomotyw wywożących Polaków na wschód.

A jednocześnie z końcem sowieckiej napaści rozpoczęła się inna wojna, długa, ciągnąca za sobą rozczarowania i klęski – wojna o prawdę i pamięć. W walce tej Polacy mieli przeciw sobie nie tylko sowiecką machinę propagandy, głoszącą o wkroczeniu na polskie terytorium w imię ratowania Białorusinów i Ukraińców, nie tylko zachodnią prasę, od 1941 zachwycającą się „wujaszkiem Joe”, ale i rodzimych zdrajców i własne słabości i zaniechania. Było coś wzniosłego i tragicznego w samobójczej śmierci Szmula Zygielbojma w proteście przeciw bierności świata względem holocaustu, ale czy mniej tragiczna była śmierć polskiego lotnika z 308 dywizjonu, który napisał w liście pożegnalnym, że czuje się zmęczony i oszukany, nie mogąc wrócić po latach walk do ukochanego Wilna? Jednak jego aktowi rozpaczy odmówiono wzniosłości – prasa londyńska napisała, że na pewno umaczany był w czarne interesy. Prawda historyczna przegrywała z polityką.

W kraju pod rządami komunistów 17 września stał się tematem tabu. Nie można było mówić, nie należało pamiętać. Orlęta lwowskie, obrońcy Grodna, akowcy z Dywizji Wołyńskiej, chłopcy z Puszczy Nalibockiej, śpiewający: „nie damy Kresów, to nasz ślub” zeszli z kart historii, stali się mitem, legendą, żyjącą w pamięci wdów i sierot. Kłamstwo niezmiennie tryumfowało.

Dziś w wolnej Polsce można upominać się o prawdę, ale czy po latach kłamstw i gorszej od kłamstw obojętności wojnę o pamięć można jeszcze wygrać? Odpowiedź według mnie jest krótka – tą wojnę trzeba wygrać, bo jest to jednocześnie bój o naszą tożsamość. Wczoraj na ręce marszałka Sejmu trafił koordynowany przez syna zmarłego prezesa Wspólnoty Polskiej Macieja Płażyńskiego obywatelski projekt ustawy repatriacyjnej  Dotyczyć ma ona tych Polaków, którzy nocami, w bydlęcych wagonach zostali z Lwowa, Wilna, Łucka, Tarnopola wywiezieni na wschód, za Ural, na Syberię, do Kazachstanu. Dziś polskie państwo nie ma pieniędzy na sprowadzenie swoich obywateli i ich rodzin. Polskie państwo, które wypłaca ubekom kilkutysięczne emerytury nie ma pieniędzy na sprowadzenie tych kresowian, którzy życie spędzili w poniewierce za to tylko, że byli Polakami.

Nie należę do tych, którzy podtrzymywaliby nieistniejące spory historyczne, resentymenty i uprzedzenia, którzy by darzyli wrogością Rosjan, Niemców, Żydów i Ukraińców za to co było przed laty. Ale myślenie o dniu dzisiejszym nie może wykluczyć pamięci o własnej historii. Nie może wykluczyć pamięci o Lwowie i Wilnie, o Ponarach i Katyniu, o Polakach, którzy zostali za Bugiem i tych, których wywieziono z Kresów w głąb Rosji. „Tam gdzie ostatnia świeci szubienica, tam dziś jest środek mój i ma stolica” – pisał  Norwid. A szubienice i miejsca straceń, polskie groby, cmentarze i mogiły rozsiane są daleko na wschód. I dopóki nie obejmiemy ich wszystkich opieką, dopóki wciąż żyjącym Polska nie spróbuje wyrównać rachunku krzywd, wojna o pamięć i prawdę nie zostanie wygrana.

Read Full Post »