Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘józef piłsudski’

 „Walą się światy, krwią opływają lądy i oceany. Nowe narastające epoki nowych żądają wysiłków. Nie ma odwrotu, ani powrotu. Nowe będą budowane wartości naszymi młodymi rękami. Jedyną istotną cechą, miernikiem życia, stanie się praca i wysiłek umysłu i mięśni, miernikiem życia jednostki i narodu. Rozległe pola ziem naszych przeorane pługiem maszyn śmiertelnych, wyludnione i skrwawione, mają się stać podłożem nowego życia. Polska, marzenie Piłsudskiego, ta sama blaskiem mocy i kultury stojąca Polska Jagiellońska, sąsiadom chętna, duchem twórcza, wolnością bogata, wartości nowe światu niosąca. To ta sama Polska naszego dążenia”.

„Listy z Londynu” nr 11 z 17.03.1943

76 lat temu, 12 maja 1935 r., odszedł do wieczności Marszałek Józef Piłsudski, jeden z twórców niepodległej Polski. 85 lat temu, 12 maja 1926 r., Piłsudski poprowadził swe wojska na Warszawę, siłą zdobywając władzę w państwie. Dwa te wydarzenia, znamienne w historii II Rzeczypospolitej, spina klamra 9 lat autorytarnych rządów Marszałka. Napisano setki książek, tysiące artykułów, historycy przedyskutowali niezliczoną liczbę godzin spierając się o bilans tych rządów, o ocenę Komendanta. Dyskutowano o tym, czy cień ojca Niepodległości przesłania cień Berezy, czy był Piłsudski polskim Cyncynatem, czy polskim Rycymerem. Bo że był Marszałek postacią wielkiego formatu, człowiekiem, który nadał kierunek polskiej historii – tego nawet najwięksi przeciwnicy nie mogą mu odmówić.

Z perspektywy lat i doświadczeń historycznych można, a nawet trzeba podsumowywać dawno minioną epokę i jej głównych aktorów. Ale jest intelektualnym nadużyciem zawężać tą ocenę do pewnych tylko zdarzeń, faktów, wybierać zjawiska, nie pamiętając o ich kontekście. Piłsudski, który łamał opozycję, konstytucję, organizował proces brzeski, był politykiem, który doświadczył, czym jest walka stronnictw, partyjne zacietrzewienie, który współtworzył demokratyczną Polskę, po to tylko, by nieszczęsnego Narutowicza dosięgła kula dla niego pierwotnie przeznaczona. Nie urodził się Józef Piłsudskim politykiem autorytarnym – to demokracja polska zrobiła z niego autokratę.

Obejmując rządy, objął je Piłsudski zbyt późno. Był politycznym wizjonerem, musiał mieć poczucie wiszącego nad Polską niebezpieczeństwa. W roku 1919, czy 1920 można było kształtować granice, ustrój, zmieniać geopolitykę, oddalić zagrożenie  – w roku 1926 można było jedynie przygotowywać kraj do wojny, katastrofy, która nieuchronnie musiała nadejść. W przygotowaniach tych Piłsudskiemu potrzebni byli wykonawcy woli, administratorzy, nie politykierzy; potrzebny mu był stukający obcasami Sławoj Składkowski, stupajka Kostek Biernacki, nie zaś mierzący wysoko Sikorski, nie Witos i nie Korfanty.

Piłsudski był mężem stanu, wybitną osobowością, ale był także wielkim samotnikiem. Miał wiernych podkomendnych, ale nie towarzyszy broni, miał wyznawców, ale nie uczniów. Uwielbiały go tłumy, ale rozumieli nieliczni – Hołówko, Sławek, Leon Wasilewski. Dramatem Piłsudskiego było to, że mając swoją Pierwszą, Drugą, czy Piątą – jak szydzili przeciwnicy – Brygadę, nie był w stanie, niczym Roman Dmowski, stworzyć szkoły politycznej, która przetrwałaby swego nauczyciela. I choć do Dmowskiego nikt się dzisiaj nie przyznaje, a Piłsudskiego każdy wynosi na sztandary, to jest to wyniesienie powierzchowne, symbolu bardziej niż polityka. Piłsudski był samotny, bo był niezrozumiany, bo w myśleniu o urządzeniu wschodniej Europy i miejscu Polski w tej części kontynentu wyrósł ponad swoją epokę.

Samotność Józefa Piłsudskiego najbardziej widoczna była w latach próby realizacji jego największego projektu – idei Międzymorza. Gdyby Marszałkowi udało się wprowadzić jego śmiałe, wizjonerskie założenia, zawróciłby historię. To prawda, że za klęskę odważnej koncepcji nie można winić tylko przeciwników politycznych, Dmowskiego, ciasno nacjonalistycznych endeków. Wizja przegrała z politycznymi realiami, ze słabością Ukraińców, obojętnością Białorusinów, wściekłym fanatyzmem Litwinów. Ale to nie mniejszości kresowe rzucały Marszałkowi kłody pod nogi, nie mniejszości kresowe wywracały polskie Sejmy, nie mniejszości kresowe wytrącały mu oręż z ręki, gdy najbardziej tego oręża potrzebował i nie przeciw mniejszościom pomaszerował Piłsudski w roku ’26 na Warszawę.

Józef Piłsudski nie był postacią krystaliczną, ale był mężem stanu, wielkim Polakiem, jednym z twórców II Rzeczypospolitej. Gdy wszystko się już zawaliło, gdy przyszedł tragiczny rok 1944, Lechoń w przejmującym wierszu wołał: „Jak Cię dziś nie wołać, gdy Wilno się pali”. Piłsudskiego już nie było, nie widział katastrofy ukochanego Wilna, ruiny gmachu, który w poczuciu obowiązku tworzył. Prezydent Mościcki powiedział nad jego trumną: „Dał Polsce wolność, granice, moc i szacunek świata…”. Po śmierci Piłsudskiego wolna Polska przetrwała niecałe cztery lata…

Reklamy

Read Full Post »

W niedawno udzielonym „Rzeczpospolitej” wywiadzie prezydent Komorowski indagowany o przyszłość stosunków polsko – gruzińskich dał przykład swego myślenia o kwestii wschodniej. Zapytany o Gruzję, oprócz standardowych stwierdzeń o staniu na stanowisku niepodzielności terytorium kaukaskiego państwa, Komorowski pozwolił sobie na dość szorstkie stwierdzenie, że nie pojedzie za granicę tylko dlatego, że takie jest życzenie Saakaszwilego. Dla osób śledzących wydarzenia polityczne była to czytelna aluzja do wyprawy Lecha Kaczyńskiego i kilku środkowoeuropejskich prezydentów latem 2008 do Tbilisi. To truizm, podobnie jak truizmem jest przypominanie komentarzy Komorowskiego na temat gruzińskiej polityki swojego poprzednika – istotnym jest za to pytanie, jaką politykę wschodnią sam zamierza uprawiać?

W tym miejscu cofnijmy się kilka lat wstecz. Lech Kaczyński z uporem maniaka – powiedzą przeciwnicy – montuje antyrosyjskie koalicje, jeździ na Litwę, wspiera prozachodniego Juszczenkę, wchodzi w egzotyczny sojusz z Saakaszwilim. Czy kierowały nim fobia, uprzedzenie, nienawiść, ślepa zawziętość? Czy też może jako pierwszy polityk w III RP próbował samodzielnie walczyć o pozycję Polski w regionie?

Kaczyński może nie był wybitnym mężem stanu, wielkim politycznym wizjonerem, ale niewątpliwie był człowiekiem o szerokich horyzontach i pojętnym uczniem tych, którzy uczyli Polaków geopolityki: Piłsudskiego i Giedroycia. W przeciągu ostatnich stu lat Polska miała dwukrotną szansę przelicytowania Rosji. Pierwszej z nich – w roku 1920 – słabe państwo polskie nie wykorzystało. Laik powie – zwycięstwo, cud nad Wisłą, historyk spojrzy dalej. Pokój ryski, oddanie Sowietom Mińszczyzny, klęska koncepcji federacyjnych, upadek Ukrainy i Kaukazu, wielka wizja wyparta przez polityczny pragmatyzm. I oto, po niespełna 90 latach, rodzi się niespodziewanie druga szansa nawiązania równorzędnej gry. Polska, oparta plecami o zachód, znów zaczyna przemawiać w imieniu Europy Środkowo – Wschodniej. Machanie szabelką – powie większość, powrót do zarzuconych koncepcji – odpowiedzą niektórzy.

Polityka wschodnia Kaczyńskiego nie była wolna od błędów, ale była oparta o konkretną wizję. Jakiś polityk nazwał ją awanturnictwem, jakiś były komunistyczny gensek mówił o fobii antyrosyjskiej – normalny skowyt tłumu. Kaczyński może mylił się w rachubach, ale błędy popełniali więksi od niego. Miał jednak przy tym śmiałą koncepcję,  jakiej nie miał przed nim żaden polityk III RP.

Wschodnie zaangażowanie Kaczyńskiego skończyło się porażką jeszcze przed tragicznym lotem smoleńskim. Obóz prozachodni opuściła Ukraina, Saakaszwili zaczął tępić u siebie demokratyczną opozycję, Litwini znów dali się ponieść swemu ciasnemu nacjonalizmowi  uchwalając kolejną ustawę skierowaną w polską mniejszość. Zmontowana przez Kaczyńskiego koalicja poczęła pękać w szwach. Ale nawet jeżeli uznamy, że Kaczyński przegrał na wschodzie, to czy możemy go za to potępiać? Gdybyśmy cenić mieli jedynie zwycięzców, któż ostałby się w rodzimej historii?

Dziś prezydent Bronisław Komorowski odcinając się od sojuszy Kaczyńskiego powraca na utarte tory polityki bylejakości i siedzenia cicho, polityki Wałęsów i Kwaśniewskich. Napisze „Gazeta Polska”, że Komorowski reprezentuje lobby prorosyjskie – moim zdaniem nie jest to prawdą. Problem leży w tym, że Komorowski nie reprezentuje nie tylko żadnego lobby, ale żadnych poglądów i żadnej idei. Grzebiąc jedną koncepcję, intelektualnie nie jest w stanie stworzyć żadnej alternatywnej.

W pierwszą nieoficjalną wizytę wybrał się prezydent na Litwę. Było – jak relacjonują tamtejsze media – miło i przyjemnie, kameralnie i bez zbędnych emocji. W przeciwieństwie do politycznych wizyt Kaczyńskiego, który wciągał Wilno do „antyrosyjskich awantur”, Komorowski awantur wszczynać nie będzie, woli rozdawać uśmiechy, niż grozić palcem. Nie będzie też urządzał eskapad do Tbilisi, wszak potrafi powiedzieć natrętnemu Saakaszwilemu twarde „niet”. Rosyjskie media nie raz napiszą o prezydenturze kompromisu, a i Berlin i Bruksela będą zadowolone. Europa wszak lubi takich polityków.

Read Full Post »