Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘józef mackiewicz’

Wczoraj ukazała się w mediach kolejna z rzędu informacja, że polskie MSZ rozważa zaostrzenie polityki wobec Wilna. Powodem zmiany dyplomatycznego kursu ma być prowokacyjne wręcz łamanie przez władze Republiki Litewskiej praw polskiej mniejszości zamieszkującej Wileńszczyznę. Problem ten ciągnie się od lat zgoła dwudziestu i obejmuje takie kwestie, jak przymusowa lituanizacja polskich nazwisk, pisownia dwujęzycznych nazw oraz nierozwiązana sprawa zwrotu Polakom znacjonalizowanej przez komunistów ziemi. Do tych od lat nieuregulowanych problemów dochodzi sprawa fatalnego traktowania przez tamtejszą administrację największej polskiej inwestycji na Litwie – rafinerii w Możejkach.

Dzisiejsze stosunki polsko –litewskie są problemem politycznym, ale jednocześnie tkwią tak głęboko, jak tylko się da w historii, w kulturze, w mentalności. Kiedy w 1918 powstawała niepodległa Polska, dawna unia z Litwą i tradycja Rzeczpospolitej Obojga Narodów były już tylko mrzonką, ideą, wyblakłym wspomnieniem. Choć jeszcze powstańcy styczniowi śpiewali w nadniemeńskich puszczach „obok Orła znak Pogoni…”, w pokoleniu ich synów i wnuków rozmyła się tradycja wspólnej walki przeciw zaborcy. Pozostała niechęć i wzajemna nieufność.

Litwini zyskali w przeciągu XIX wieku świadomość narodową, ale zyskali coś jeszcze. Wielki, zakorzeniony w mentalności kompleks polski, którzy nie przestał im towarzyszyć po dzień dzisiejszy. Mały liczebnie, chłopski naród nie posiadał elit – te dawno się spolonizowały, nie posiadał historii – tą „zawłaszczyli” sobie Polacy, nie posiadał historycznego, starego Wilna, gdzie w okresie międzywojennym Litwinów było nie więcej niż 2%. Pozostał im silny, żywy nacjonalizm i mur wrogości, który uparcie wznoszono między Kownem a Warszawą.

W dwudziestoleciu międzywojennym stosunki między Polską a Litwą wyglądały fatalnie. Litwini, których nie było niemal wcale na Wileńszczyźnie, nie zapomnieli Polakom „buntu” Żeligowskiego i zajęcia Wilna. Odrzucili lekką ręką polski program federacyjny, odrzucili całą tradycję unii polsko –litewskich, wymazując z kart historii „renegata” Jagiełłę i stawiając pomniki Januszowi Radziwiłłowi. A jednocześnie zamykali się w swym nacjonalizmie. „Nie w tym bowiem leży trudność porozumienia polsko – litewskiego – pisał wybitny pisarz Józef Mackiewicz – że Litwini chcą za dużo, tylko w tym, że chcą za mało. Nie w tym, że anektują nam Mickiewicza, ale w tym, że się go zaczynają wypierać. Nowa Litwa, zrywając kolejno z tradycjami politycznymi starej, przedzierzgnęła się w państwo ciasnonacjonalistyczne, które przyszłość swą widziało w odwróceniu od przeszłości. A my ze swej strony uczyniliśmy wszystko, by Litwinów w ich etnograficznym odosobnieniu utwierdzić”.

Pierwsza odsłona trudnego sąsiedztwa dwóch narodów w XX wieku zakończyła się tragiczną, haniebną kartą zapisaną podczas II wojny światowej. Kartą znaczoną salwami litewskich plutonów egzekucyjnych w lasach ponarskich. Jeżeli Polacy popełniali względem Litwinów błędy, jeżeli nasze elity nie potrafiły zrozumieć dążeń młodego narodu, to ten wziął sobie za to krwawy odwet w latach 1942 – 1944.

Wyniki konferencji jałtańskiej wydawałoby się zlikwidowały stały punkt tarć polsko –litewskich i główną przyczynę konfliktu między obu narodami – spór o Wilno. Choć Jałtę narzucono Polsce siłą, przecież nikt w 1989, w chwili odzyskiwania niezależności, nie zamierzał jej obalać. Stąd też nic dziwnego, że polskie elity, w sumie niezależnie od barwy politycznej, przyjęły za wyznacznik polityki wschodniej wypracowany na emigracji program giedroyciowski, nakazujący wspierać – w imię interesów Polski – niepodległość Litwy, Ukrainy i Białorusi. Najbardziej wytrwałym realizatorem linii politycznej określonej przez redaktora „Kultury”, był w wolnej Polsce Lech Kaczyński.

III Rzeczpospolita od momentu ogłoszenia przez Litwę niepodległości prowadziła wobec postsowieckiej republiki politykę wręcz przyjazną. Patronowaliśmy wszystkim europejskim inicjatywom rządu w Wilnie, a polskie samoloty chroniły w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego litewskie niebo. W zamian polską mniejszość spotykały represje, właściwe krajom trzeciego świata. Brak możliwości zapisu nazwiska za pomocą polskich znaków diaktrycznych (mimo, że Litwini w Polsce mogą takowych używać), lituanizowanie nazwisk, czy szykany za dwujęzyczne nazwy w miejscowościach zamieszkanych w 90% przez Polaków – to tylko niektóre z nich.

Uważam, że dialog z Litwinami jest potrzebny, a wręcz jest polską racją stanu. I, że powinniśmy dążyć do sojuszu strategicznego z Wilnem. Ale nie za wszelką cenę. Czy to się litewskim nacjonalistom podoba, czy nie, polska mniejszość ostała się na Wileńszczyźnie i ma prawo do rozwoju swojej kultury i rodzimego języka. Polacy w Wilnie, Trokach, czy Solecznikach nie są przybyszami, lecz autochtonami, żyjącymi na ziemi przodków od kilkuset lat i choćby z tej racji nie mogą być traktowani przez władze litewskie, jak obywatele drugiej kategorii.

Kiedy w 1938 Litwini zastrzelili na granicy polskiego żołnierza, Warszawa postawiła dywizje w gotowości marszu na Kowno. Ostatecznie Litwini się ugięli, nawiązali normalne stosunki dyplomatyczne i – wbrew pozorom – stosunki między obu państwami na przeszło rok stały się lepsze, niż kiedykolwiek wcześniej. Może i dziś w Warszawie ktoś wreszcie powinien porządnie – toutes proportions gardées – uderzyć pięścią w stół.

Reklamy

Read Full Post »