Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘józef beck’

1 września to jedna z najważniejszych rocznic w najnowszej historii Polski. I może najtragiczniejsza. Powie ktoś – nieprawda, przecież wtedy żołnierz polski walczył, a nie szedł na rzeź jak w Katyniu, nie ginął bezsensownie, jak w Powstaniu, nie gnił w lochach ubeckich piwnic. A jednak i Katyń i Powstanie i 45 lat komunizmu, choć przesiąknięte polską krwią, są tylko łańcuchem tego, co się musiało zdarzyć, a co się zaczęło w tamtym tragicznym, determinującym wszystko wrześniu.

Jest jeszcze jeden czynnik, który nadaje wrześniowej rocznicy rys tragizmu. Pierwsza Rzeczpospolita upadła, gdyż była przegniła, Druga Rzeczpospolita poszła na dno dumna jak Titanic, ze swoim COP-em i Gdynią, z mowami Becka o honorze, ze stukiem żołnierskich obcasów i szlifem epoletów. Runęła jak domek z kart, choć jeszcze nie dawno odpierała nawałę bolszewicką, choć śniła o koloniach i statusie mocarstwa.

Nie ma chyba historyka, nie ma osoby interesującej się najnowszymi dziejami, która nie zadawałaby sobie pytania, czy tak się musiało stać, czy Polska skazana była na pożarcie przez drapieżne totalitaryzmy? Czytałem ostatnio „Zielone oczy” Mackiewicza – znany publicysta i emigracyjny premier z namiętnością oskarżał Becka i zdradzieckich Anglików, którzy mieli wciągnąć Polskę do wojny. Czy jednak wina leży jedynie po stronie Becka, Rydza i Mościckiego, czy endecy, lub ludowcy wyciągnęliby Polskę z toni? Bardzo wątpliwe.

W parę miesięcy po katastrofie wrześniowej pisał Hemar „za bardzośmy Ojczyznę kochali świętami/ za bardzośmy wierzyli, że zawsze nad Wisłą/cud będzie czekał na nas i gromy wytrysną / z niebieskiej mażinockiej linii ponad nami”. Czy chodzi jednak tylko o bufonadę przedwrześniowych decydentów, czy może cała polska polityka grała na fałszywych nutach, błędnych założeniach, nie spełniających się proroctwach?

Przez niemal całe dwudziestolecie polską polityką zagraniczną rządził jeden zasadniczy dogmat – zachowanie równych długości między Moskwą a Berlinem. Hołdował temu Piłsudski, starał się kontynuować Józef Beck. Dziś wiemy, że podtrzymywanie ramionami dwóch ścian nowo wzniesionego domu, jakim była Polska, skończyło się katastrofalnie; obie ściany w przeciągu 17 dni zwaliły się nam na łby grzebiąc fundamenty.

Swego czasu Paweł Wieczorkiewicz głosił kontrowersyjne tezy, że należało iść z Hitlerem na Moskwę. Oczywiście podniosły się głosy oburzenia, opinie, że Polska zostałaby prędzej czy później zdradzona i wykorzystana. A jednak – czy wojna mogłaby się potoczyć tragiczniej niż się potoczyła? Czy mogłoby Polaków spotkać coś gorszego niż Katyń, Oświęcim, dymiące zgliszcza Warszawy i „wolność” przyniesiona na bagnetach czerwonoarmistów? Niż czerwone maki pod Monte Cassino i furia Churchilla, który kazał Andersowi „zabierać swoje dywizje”, gdy ten ośmielił się protestować przeciw Jałcie? Chyba, że w założeniach chodziło o coś innego, niż kalkulacja zysków i strat. Kiedy upadała w 1940 Francja, Polacy bili się jeszcze po kapitulacji sojuszniczych pułków, w 1944 Armia Krajowa zdobywała na Niemcach Lwów i Wilno, by następnie iść w sowieckie kazamaty, w 1945 Polacy wyzwalali Bolonię, gdy ich kraj dzielono w Jałcie. Polska polityka przez wszystkie przypadki odmieniała słowo honor, za to nigdy nie znała ekonomii krwi.

Cała polska kalkulacja u progu II wojny światowej opierała się na przeświadczeniu, że do wojny wejdą sojusznicy. Była to kalkulacja błędna. Kraj, który co pokolenie wydawał Kościuszków, Poniatowskich, Sikorskich, nie miał swoich Machiavellich i Talleyrandów. Wykrwawiona w I wojnie światowej Francja nie zamierzała umierać za Gdańsk, a Anglicy od pokoleń najmowali różnych Hesów i Ghurków, sterowali Turkami i Belgami, ale własną krew oszczędzali. Polska weszła do wojny, nie rozumiejąc mechanizmów, które rządzą międzynarodową polityką i została z miejsca skazana na zagłądę.

Nie umiem sobie odpowiedzieć, czy tamten wrzesień musiał się dopełnić, czy można było go uniknąć. Ale wiem, że w polityce zwyciężają ci, którzy nie rządzą się sentymentem, tylko chłodną kalkulacją. Cat – Mackiewicz, którego wspomniałem, nie cierpiał Anglików, ale ich podziwiał. Za to, że pozwolili się wykrwawić Francuzom, że zmienili pierwotny kierunek ataku niemieckiego, wciągając do sojuszu Polskę, że poświęcili Jugosławię i Norwegię. Churchill mógł zdradzać sojuszników, bo lojalność był winien jedynie własnemu krajowi. I krew angielską cenił bardziej od innej. Czy my Polacy coś z tego rozumiemy? W czasie wojny biliśmy się od Libii po norweskie fiordy, dziś giniemy w Iraku i Afganistanie. Za czyje interesy? Niech sobie każdy sam odpowie.

Read Full Post »