Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘II wojna światowa’

            W ostatnich tygodniach głośną i dyskutowaną nowością rynku księgarskiego stała się książka Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop – Beck”. Autor – publicysta i kierownik działu historycznego tygodnika „Uważam Rze” – podjął w niej rozważania na temat potencjalnego sojuszu II RP z hitlerowskimi Niemcami. Książce Zychowicza poświęciłem artykuł w swojej rubryce w „Wiadomościach Świętokrzyskich”, dlatego nie chciałbym się szerzej rozwodzić w tym miejscu nad plusami i minusami rozważań autora. Przykuł mą uwagę inny aspekt tego wydarzenia.

            II wojna światowa była dla Polski pasmem nieszczęść. Klęska militarna, rozbiór odbudowanego niedawno państwa, groza okupacji, starty biologiczne sięgające sześciu milionów obywateli, masakra elit, Katyń, Powstanie Warszawskie, zniszczenie stolicy i bezcennych dóbr kultury, Jałta, utrata Kresów Wschodnich, późniejsza stalinizacja i sowietyzacja kraju – to wszystko było konsekwentnym następstwem decyzji podejmowanych przez polskie władze państwowe.

            Taka katastrofa nie powinna, nie może się powtórzyć. A jednocześnie musi stanowić naukę dla przyszłych pokoleń i muszą z niej płynąć odpowiednie wnioski. I jeszcze przez dziesiątki lat geneza i przebieg drugiej wojny światowej powinny być przedmiotem studiów i analiz historyków i politologów. A wśród tych rozważań należy szukać odpowiedzi, czy tej katastrofie można było zapobiec.

            I takiej odpowiedzi poszukuje Zychowicz. I stawia wnioski – może zbyt odważne, może błędne, może zasadzające się na złych przesłankach. Tego nie wiemy i się nie dowiemy – historia nie jest nauką eksperymentalną. Ale powinniśmy o tym dyskutować, stawiać hipotezy, burzyć mity. I przedstawiać własne racje, własne kontrargumenty. Wszak dzieje ojczyste nie raz już udowadniały, że z przeszłości można wyciągać wnioski na przyszłość.

            Tymczasem Zychowicz spotyka się nie z kontrargumentami, lecz z demagogią i to – niestety – z prawej strony sceny publicystycznej. Oto red. Jacek Karnowski, odnotowując w swoim portalu.wpolityce.pl wrażenia z wieczoru autorskiego, taką rysuje konkluzję: „Za sporem wokół książki Zychowicza kryje się tak naprawdę pytanie bardzo współczesne, dużej wagi: czy dziś należy dekonstruować tradycję insurekcyjno-heroiczną, czy ją pielęgnować. Moim zdaniem – należy pielęgnować. Nie dlatego, że zawsze i wszędzie była to postawa słuszna, ale dlatego, że to leży dziś w interesie Polski. Bo to jedyny żywy zasób symboliczny jaki mamy”.

            A więc główną wadą książki Zychowicza nie jest jej niespójność logiczna, lecz to, że nie pielęgnuje postawy insurekcyjno – heroicznej. Jeszcze mocniej wyraża to zaproszony do dyskusji prof. Jan Żaryn, który stwierdza o dyskutowanej koncepcji sojuszu z Hitlerem: „W formie pewnych intelektualnych gier myślowych, zwłaszcza akademickich, jest to dopuszczalne. Nie jesteśmy jednak dzisiaj w tak komfortowej sytuacji by bezkarnie móc dywagować z hukiem na wszystkie tematy”.

            Wiele razy czytałem u prawicowych publicystów gorzkie słowa na temat Adama Michnika i całego systemu wartości, jaki stworzył. I z wieloma negatywnymi tekstami o Michniku – demiurgu III RP i bezdyskusyjnej wyroczni moralno – politycznej – byłem skłonny się zgodzić. Ale czy w tej sytuacji Karnowski ze swoją „postawą insurekcyjno – heroiczną” nie upodabnia się do Michnika? Czy ta bezsensowna negacja racji politycznych, militarnych, ekonomicznych, na rzecz doktrynerstwa i mesjanistycznej wizji narodu, który zbawia innych, a sam dostaje w dupę, to nie jest właśnie intelektualny blackout zarzucany tzw. michnikowszczyźnie? Czy sześć milionów ofiar i oddanie kraju w łapę Bierutów, Jaruzelskich, Kwaśniewskich w imię pielęgnowania „postawy insurekcyjno – heroicznej” niczego was panowie nie nauczyło?

            Przed wojną do najtęższych umysłów należeli kontestatorzy durnego wymachiwania szabelką przez pyszałkowatych epigonów sanacji a jednocześnie zwolennicy Polski wielkiej i mocarstwowej – Mackiewicz, Studnicki, Bocheński. Pisali rzeczy niepopularne, czasem bolesne, ale prawdziwe. Do bólu prawdziwe. Dziś na prawicy modne są teorie spiskowe, biadolenie nad ciężką dolą i budowanie mitów. Cóż, takie czasy.

Read Full Post »

Są takie wydarzenia w historii, o których nawet zawodowy badacz dziejów nie waha się pisać żółcią i goryczą. 7 lipca minęła 68. rocznica początku operacji Ostra Brama na Wileńszczyźnie.

Latem 1944 roku polityczno – militarna sytuacja na ziemiach polskich na wschód od Bugu była zła. Była gorsza od przewidywań czynionych jeszcze rok czy dwa lata wcześniej. Polski rząd, politycy, zwykli obywatele od początku wojny niemiecko – sowieckiej zakładali powtórkę z historii, wierzyli w wariant z 1918 roku, kiedy Niemcy, rozbiwszy Rosjan, sami pogrążyli się w chaosie rozprężenia i rewolucji. W roku 1944 nic takiego nie miało miejsca. Front wschodni nie tylko nie rozsypał się gdzieś w stepach Powołża, ale niczym walec, toczył się na zachód, ku Wilnu,  Lwowu, Warszawie.

Przynajmniej od 1943 roku wiadomo było, że Związek Sowiecki nie uszanuje praw Polski do jej przedwojennych granic. Odpowiedzią na zagrożenie miała być Akcja Burza, polegająca na wzmożonej dywersji na tyłach cofającej się armii niemieckiej. Militarne znaczenie Burzy wobec walczących fa froncie niemieckich i sowieckich korpusów i armii pancernych było znikome, politycznie – miała ona potwierdzić prawa Polski do Kresów, ukazać Polaków w roli gospodarzy tych ziem.

Pierwsze działania „burzowe” miały miejsce na Wołyniu, gdzie walkę podjęła 27 Dywizja Piechoty AK. Ale dużo większą politycznie wymowę miały mieć  walki o Wilno i Lwów. Niepomne na doświadczenia z 17 września, na Katyń, na enuncjacje sowieckiej dyplomacji kwestionujące prawa Polski do Ziem Wschodnich, wreszcie na nienajlepsze doświadczenia z Wołynia, dowództwo AK, przy akceptacji rządu londyńskiego, wydało rozkaz ataku.

Tysiące kilometrów od Wilna wychodzący na Bliskim Wschodzie „Dziennik Żołnierza APW” pisał w tym czasie: „Dzień pokoju musi być dniem sprawiedliwości. W tym dniu zadzwonią radośnie dzwony wileńskich kościołów, pochylą się nasze zwycięskie sztandary przed Ostrą Bramą, a z piersi polskich żołnierzy i ludu Wilna popłynie ku niebiosom ta sama pieśń dziękczynna”.

Cudu nad Wilią nie było. Generał „Wilk”, dowódca Okręgu Wileńskiego AK, wykonał rozkaz walki, chcąc zdobyć stolicę Kresów Północno – Wschodnich przed nacierającą od wschodu Armią Czerwoną. Po załamaniu się pierwszego ataku oddziałów AK na ufortyfikowane miasto doszło do zaciętych walk o kresowy gród między wojskami sowieckimi i wspomagającym je Konspiracyjnym Garnizonem Wilna, a broniącymi Wilna Niemcami. Po kilku dniach polska flaga, po raz ostatni, załopotała nad starym Wilnem.

Wówczas jednak los polskich żołnierzy był już przesądzony. Premier Mikołajczyk, przewidując rozwój wydarzeń, zaapelował 18 lipca do Winstona Churchilla o wysłanie brytyjskiego oficera łącznikowego do oddziałów polskich na Wileńszczyźnie. Szef polskiego rządu miał zapewne nadzieję, że powaga misji brytyjskiej uchroni polskich partyzantów przez agresją ze strony Sowietów – nie wiedział jeszcze, że dzień wcześniej Sowieci bezceremonialnie aresztowali ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” i internowali większość oddziałów AK na Wileńszczyźnie. Dwa tygodnie później los wilnian podzielili lwowiacy.

Akcja Burza zakończyła się polityczną klęską. Rząd polski, rzucając tysiące najlepszej młodzieży w beznadziejny bój, pozbawiał się ostatnich kart w rozgrywce o Kresy Wschodnie. Kilka tygodni później świat milcząco obserwował dramat Warszawy – o Kresach nikt poza Polakami nie chciał pamiętać. Wileński konserwatysta Stanisław Cat – Mackiewicz, podsumowując Burzę na Wileńszczyźnie, gorzko napisał: „Rząd Polski Podziemnej chciał zbawiać Warszawę kosztem oddania Wilna Rosji, to nie miał prawa rozkazywać dzieciom wileńskim, aby szły na pomoc Rosjanom w zdobywaniu Wilna”.

Read Full Post »

„(…)Usnął park, już znużony po wyroku więzień,

Co śmierci się na jawie rozważać nie waży

Za to snem się zawczasu z jej bezwładem brata…

…Kiedy żar łun ostatnich między pnie się wgniata,

noc narasta od wschodu…”

Beata Obertyńska, 1939

17 września 1939 Sowieci, realizując postanowienia tajnego protokołu paktu Ribbentrop – Mołotow, zdradziecko napadli na Polskę. Ziścił się czarny sen marszałka Piłsudskiego o wojnie na dwa fronty – wojnie beznadziejnej, bo z góry przegranej. Trudno zresztą mówić o wojnie, która nawet formalnie nie została wypowiedziana. Z jednej strony 700 tysięcy krasnoarmiejców, z drugiej nieliczne bataliony KOP-u i wojska, harcerze, policjanci, ludność cywilna, strażnice wojskowe na Podolu i bohaterskie Grodno. Nie było pięknej epopei, słów o honorze i szarż ułańskich – była krótka, bandycka napaść i gangsterski „nóż w plecy”. Potem zaś tylko cisza, przerywana strzałami Katynia i gwizdem lokomotyw wywożących Polaków na wschód.

A jednocześnie z końcem sowieckiej napaści rozpoczęła się inna wojna, długa, ciągnąca za sobą rozczarowania i klęski – wojna o prawdę i pamięć. W walce tej Polacy mieli przeciw sobie nie tylko sowiecką machinę propagandy, głoszącą o wkroczeniu na polskie terytorium w imię ratowania Białorusinów i Ukraińców, nie tylko zachodnią prasę, od 1941 zachwycającą się „wujaszkiem Joe”, ale i rodzimych zdrajców i własne słabości i zaniechania. Było coś wzniosłego i tragicznego w samobójczej śmierci Szmula Zygielbojma w proteście przeciw bierności świata względem holocaustu, ale czy mniej tragiczna była śmierć polskiego lotnika z 308 dywizjonu, który napisał w liście pożegnalnym, że czuje się zmęczony i oszukany, nie mogąc wrócić po latach walk do ukochanego Wilna? Jednak jego aktowi rozpaczy odmówiono wzniosłości – prasa londyńska napisała, że na pewno umaczany był w czarne interesy. Prawda historyczna przegrywała z polityką.

W kraju pod rządami komunistów 17 września stał się tematem tabu. Nie można było mówić, nie należało pamiętać. Orlęta lwowskie, obrońcy Grodna, akowcy z Dywizji Wołyńskiej, chłopcy z Puszczy Nalibockiej, śpiewający: „nie damy Kresów, to nasz ślub” zeszli z kart historii, stali się mitem, legendą, żyjącą w pamięci wdów i sierot. Kłamstwo niezmiennie tryumfowało.

Dziś w wolnej Polsce można upominać się o prawdę, ale czy po latach kłamstw i gorszej od kłamstw obojętności wojnę o pamięć można jeszcze wygrać? Odpowiedź według mnie jest krótka – tą wojnę trzeba wygrać, bo jest to jednocześnie bój o naszą tożsamość. Wczoraj na ręce marszałka Sejmu trafił koordynowany przez syna zmarłego prezesa Wspólnoty Polskiej Macieja Płażyńskiego obywatelski projekt ustawy repatriacyjnej  Dotyczyć ma ona tych Polaków, którzy nocami, w bydlęcych wagonach zostali z Lwowa, Wilna, Łucka, Tarnopola wywiezieni na wschód, za Ural, na Syberię, do Kazachstanu. Dziś polskie państwo nie ma pieniędzy na sprowadzenie swoich obywateli i ich rodzin. Polskie państwo, które wypłaca ubekom kilkutysięczne emerytury nie ma pieniędzy na sprowadzenie tych kresowian, którzy życie spędzili w poniewierce za to tylko, że byli Polakami.

Nie należę do tych, którzy podtrzymywaliby nieistniejące spory historyczne, resentymenty i uprzedzenia, którzy by darzyli wrogością Rosjan, Niemców, Żydów i Ukraińców za to co było przed laty. Ale myślenie o dniu dzisiejszym nie może wykluczyć pamięci o własnej historii. Nie może wykluczyć pamięci o Lwowie i Wilnie, o Ponarach i Katyniu, o Polakach, którzy zostali za Bugiem i tych, których wywieziono z Kresów w głąb Rosji. „Tam gdzie ostatnia świeci szubienica, tam dziś jest środek mój i ma stolica” – pisał  Norwid. A szubienice i miejsca straceń, polskie groby, cmentarze i mogiły rozsiane są daleko na wschód. I dopóki nie obejmiemy ich wszystkich opieką, dopóki wciąż żyjącym Polska nie spróbuje wyrównać rachunku krzywd, wojna o pamięć i prawdę nie zostanie wygrana.

Read Full Post »

1 września to jedna z najważniejszych rocznic w najnowszej historii Polski. I może najtragiczniejsza. Powie ktoś – nieprawda, przecież wtedy żołnierz polski walczył, a nie szedł na rzeź jak w Katyniu, nie ginął bezsensownie, jak w Powstaniu, nie gnił w lochach ubeckich piwnic. A jednak i Katyń i Powstanie i 45 lat komunizmu, choć przesiąknięte polską krwią, są tylko łańcuchem tego, co się musiało zdarzyć, a co się zaczęło w tamtym tragicznym, determinującym wszystko wrześniu.

Jest jeszcze jeden czynnik, który nadaje wrześniowej rocznicy rys tragizmu. Pierwsza Rzeczpospolita upadła, gdyż była przegniła, Druga Rzeczpospolita poszła na dno dumna jak Titanic, ze swoim COP-em i Gdynią, z mowami Becka o honorze, ze stukiem żołnierskich obcasów i szlifem epoletów. Runęła jak domek z kart, choć jeszcze nie dawno odpierała nawałę bolszewicką, choć śniła o koloniach i statusie mocarstwa.

Nie ma chyba historyka, nie ma osoby interesującej się najnowszymi dziejami, która nie zadawałaby sobie pytania, czy tak się musiało stać, czy Polska skazana była na pożarcie przez drapieżne totalitaryzmy? Czytałem ostatnio „Zielone oczy” Mackiewicza – znany publicysta i emigracyjny premier z namiętnością oskarżał Becka i zdradzieckich Anglików, którzy mieli wciągnąć Polskę do wojny. Czy jednak wina leży jedynie po stronie Becka, Rydza i Mościckiego, czy endecy, lub ludowcy wyciągnęliby Polskę z toni? Bardzo wątpliwe.

W parę miesięcy po katastrofie wrześniowej pisał Hemar „za bardzośmy Ojczyznę kochali świętami/ za bardzośmy wierzyli, że zawsze nad Wisłą/cud będzie czekał na nas i gromy wytrysną / z niebieskiej mażinockiej linii ponad nami”. Czy chodzi jednak tylko o bufonadę przedwrześniowych decydentów, czy może cała polska polityka grała na fałszywych nutach, błędnych założeniach, nie spełniających się proroctwach?

Przez niemal całe dwudziestolecie polską polityką zagraniczną rządził jeden zasadniczy dogmat – zachowanie równych długości między Moskwą a Berlinem. Hołdował temu Piłsudski, starał się kontynuować Józef Beck. Dziś wiemy, że podtrzymywanie ramionami dwóch ścian nowo wzniesionego domu, jakim była Polska, skończyło się katastrofalnie; obie ściany w przeciągu 17 dni zwaliły się nam na łby grzebiąc fundamenty.

Swego czasu Paweł Wieczorkiewicz głosił kontrowersyjne tezy, że należało iść z Hitlerem na Moskwę. Oczywiście podniosły się głosy oburzenia, opinie, że Polska zostałaby prędzej czy później zdradzona i wykorzystana. A jednak – czy wojna mogłaby się potoczyć tragiczniej niż się potoczyła? Czy mogłoby Polaków spotkać coś gorszego niż Katyń, Oświęcim, dymiące zgliszcza Warszawy i „wolność” przyniesiona na bagnetach czerwonoarmistów? Niż czerwone maki pod Monte Cassino i furia Churchilla, który kazał Andersowi „zabierać swoje dywizje”, gdy ten ośmielił się protestować przeciw Jałcie? Chyba, że w założeniach chodziło o coś innego, niż kalkulacja zysków i strat. Kiedy upadała w 1940 Francja, Polacy bili się jeszcze po kapitulacji sojuszniczych pułków, w 1944 Armia Krajowa zdobywała na Niemcach Lwów i Wilno, by następnie iść w sowieckie kazamaty, w 1945 Polacy wyzwalali Bolonię, gdy ich kraj dzielono w Jałcie. Polska polityka przez wszystkie przypadki odmieniała słowo honor, za to nigdy nie znała ekonomii krwi.

Cała polska kalkulacja u progu II wojny światowej opierała się na przeświadczeniu, że do wojny wejdą sojusznicy. Była to kalkulacja błędna. Kraj, który co pokolenie wydawał Kościuszków, Poniatowskich, Sikorskich, nie miał swoich Machiavellich i Talleyrandów. Wykrwawiona w I wojnie światowej Francja nie zamierzała umierać za Gdańsk, a Anglicy od pokoleń najmowali różnych Hesów i Ghurków, sterowali Turkami i Belgami, ale własną krew oszczędzali. Polska weszła do wojny, nie rozumiejąc mechanizmów, które rządzą międzynarodową polityką i została z miejsca skazana na zagłądę.

Nie umiem sobie odpowiedzieć, czy tamten wrzesień musiał się dopełnić, czy można było go uniknąć. Ale wiem, że w polityce zwyciężają ci, którzy nie rządzą się sentymentem, tylko chłodną kalkulacją. Cat – Mackiewicz, którego wspomniałem, nie cierpiał Anglików, ale ich podziwiał. Za to, że pozwolili się wykrwawić Francuzom, że zmienili pierwotny kierunek ataku niemieckiego, wciągając do sojuszu Polskę, że poświęcili Jugosławię i Norwegię. Churchill mógł zdradzać sojuszników, bo lojalność był winien jedynie własnemu krajowi. I krew angielską cenił bardziej od innej. Czy my Polacy coś z tego rozumiemy? W czasie wojny biliśmy się od Libii po norweskie fiordy, dziś giniemy w Iraku i Afganistanie. Za czyje interesy? Niech sobie każdy sam odpowie.

Read Full Post »