Feeds:
Posty
Komentarze

Co dalej z PJN?

Ugrupowanie Polska Jest Najważniejsza, nie wyszedłszy jeszcze z politycznych pieleszy, przeżyło wstrząs, który zakończyłby żywot niejednej partii. Harakiri Joanny Kluzik – Rostkowskiej – bo tak każdy rozsądny obserwator sceny politycznej musi określić pójście posłanki do Tuska – doczekało się setek komentarzy, z których tylko nieliczne bronią byłej szefowej (o ironio!) „kluzików”. Od strony politycznej skrajna naiwność, od strony etycznej … spuśćmy zasłonę milczenia. Cała afera Kluzikowej jest jednak o tyle ciekawa, że stanowi dobry przedmiot analizy większego procesu politycznego, jakim jest powstanie oraz zmierzch (i odrodzenie?) PJN.

Dzisiejsze kłopoty PJN bynajmniej nie zaczęły się w momencie politycznego sporu Kluzik – Rostkowskiej z resztą klubu poselskiego i nawet nie w chwili wybuchu żenującej afery z Bielanem i okupacją strony internetowej. Przyczyna tkwił głębiej – już w samej genezie stronnictwa. Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość, powstając w okresie totalnego rozpadu struktur polskiej prawicy, podzieliły między siebie znaczną część sceny politycznej, a linię podziałów szczelnie zabetonowały. Próba wbicia się klinem między dwa wymienione molochy do tej pory zawsze kończyła się porażką. Ale nawet porażka może różnić się jakościowo. Marek Jurek, rezygnując z fotela marszałka Sejmu, wychodząc z PiS i tworząc Prawicę RP, reprezentował sobą jakąś sprawę, miał kręgosłup i nawet najgorsi przeciwnicy nie mogli mu zarzucić koniunkturalizmu. Założyciele PJN wybrali inny scenariusz. Liderzy rozłamowego środowiska, tacy jak Kluzik – Rostkowska, czy Poncyliusz, odeszli w momencie, gdy stracili w PiS wpływy, znaczenie, zostali zmarginalizowani przez inne wewnątrzpartyjne frakcje. Co gorsza – odeszli robiąc rejwach przed samymi wyborami samorządowymi. A wystarczyło wyczekać dwa tygodnie, a nawet – paradoksalnie – popracować na sukces PiS-u. Cierpliwość jest w polityce wielkim darem. Jarosław Kaczyński rozumie to znakomicie i umie czekać, Joanna Kluzik – Rostkowska i kilku jej kolegów musi się jeszcze wiele nauczyć.

Sam moment powstania PJN nie był jednak najgorszym z błędów założycieli nowej formacji. Dużo gorsze były motywy kierujące grupą kierowniczą nowej partii. Historia ostatniego dwudziestolecia pokazuje, że partie polityczne można w Polsce zakładać kierując się różnymi przesłankami – dla żartu, autopromocji, w celach biznesowych i towarzyskich. Jeżeli jednak chce się aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym, trzeba mieć oprócz powyższych inspiracji jakąś żyźniejszą glebę. Ale tym żyznym podłożem nie może być nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, a taki motyw działań przyświecał przynajmniej kilku czołowym działaczom PJN-u. Joanna Kluzik – Rostkowska jest tu koronnym przykładem, jest jednak przykład jeszcze bardziej symptomatyczny. Myślę o niejakim Janie Filipie Libickim, synu Marcina Libickiego i członku tzw. klanu Libickich. Wspomniany poseł wystąpił z PiS po skreśleniu jego ojca (ze względu na zawirowania związanie z oświadczeniem lustracyjnym) z listy kandydatów do Europarlamentu w 2009 r. W PJN Libicki był zwolennikiem ostrego kursu antypisowskiego – nieważne, że ze szkodą dla formacji, która, było nie było, z PiS-u się wywodziła. Lepiej zaprzeczyć 5, czy 8 latom własnej działalności, niż powiedzieć jedno dobre słowo o Prezesie Ostatnio Libicki zanegował nawet istnienie dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego. Obecnie ta wyjątkowo antypatyczna persona porzuciła PJN i szykuje się do startu z PO.

PJN-u na takich osobach jak Kluzik – Rostkowska, Libicki, zbudować się nie dało, po prostu nie dało. Dzisiaj te persona opuszczają PJN, aby dalej prowadzić polityczną vendettę przeciw Kaczyńskiemu. Choćby z Tuskiem, Niesiołowskim, choćby nawet z Palikotem. A co z PJN? Moim zdaniem PJN wyjdzie to tylko na zdrowie.

Dzisiaj, bodaj po raz pierwszy od powstania, członkowie PJN-u mogą się wreszcie policzyć. Dzisiaj po raz pierwszy mogą powiedzieć o sobie – jesteśmy centroprawicową formacją o profilu konserwatywno – liberalnym. Dziś wreszcie PJN-em kieruje poważny człowiek, rozsądny polityk i – co najważniejsze – kapitan, który ostatni zejdzie z pokładu. I który nie kieruje się fobiami, uprzedzeniami w rodzaju „z każdym byle nie z PiS”, lecz – w co wierzę – zdrowym rozsądkiem. Paweł Kowal ma dziś może niewielkie szanse żeby okręt pod nazwą PJN utrzymać na wzburzonych falach – z Kluzik – Rostkowską okręt ten musowo poszedł by na dno.

 „Walą się światy, krwią opływają lądy i oceany. Nowe narastające epoki nowych żądają wysiłków. Nie ma odwrotu, ani powrotu. Nowe będą budowane wartości naszymi młodymi rękami. Jedyną istotną cechą, miernikiem życia, stanie się praca i wysiłek umysłu i mięśni, miernikiem życia jednostki i narodu. Rozległe pola ziem naszych przeorane pługiem maszyn śmiertelnych, wyludnione i skrwawione, mają się stać podłożem nowego życia. Polska, marzenie Piłsudskiego, ta sama blaskiem mocy i kultury stojąca Polska Jagiellońska, sąsiadom chętna, duchem twórcza, wolnością bogata, wartości nowe światu niosąca. To ta sama Polska naszego dążenia”.

„Listy z Londynu” nr 11 z 17.03.1943

76 lat temu, 12 maja 1935 r., odszedł do wieczności Marszałek Józef Piłsudski, jeden z twórców niepodległej Polski. 85 lat temu, 12 maja 1926 r., Piłsudski poprowadził swe wojska na Warszawę, siłą zdobywając władzę w państwie. Dwa te wydarzenia, znamienne w historii II Rzeczypospolitej, spina klamra 9 lat autorytarnych rządów Marszałka. Napisano setki książek, tysiące artykułów, historycy przedyskutowali niezliczoną liczbę godzin spierając się o bilans tych rządów, o ocenę Komendanta. Dyskutowano o tym, czy cień ojca Niepodległości przesłania cień Berezy, czy był Piłsudski polskim Cyncynatem, czy polskim Rycymerem. Bo że był Marszałek postacią wielkiego formatu, człowiekiem, który nadał kierunek polskiej historii – tego nawet najwięksi przeciwnicy nie mogą mu odmówić.

Z perspektywy lat i doświadczeń historycznych można, a nawet trzeba podsumowywać dawno minioną epokę i jej głównych aktorów. Ale jest intelektualnym nadużyciem zawężać tą ocenę do pewnych tylko zdarzeń, faktów, wybierać zjawiska, nie pamiętając o ich kontekście. Piłsudski, który łamał opozycję, konstytucję, organizował proces brzeski, był politykiem, który doświadczył, czym jest walka stronnictw, partyjne zacietrzewienie, który współtworzył demokratyczną Polskę, po to tylko, by nieszczęsnego Narutowicza dosięgła kula dla niego pierwotnie przeznaczona. Nie urodził się Józef Piłsudskim politykiem autorytarnym – to demokracja polska zrobiła z niego autokratę.

Obejmując rządy, objął je Piłsudski zbyt późno. Był politycznym wizjonerem, musiał mieć poczucie wiszącego nad Polską niebezpieczeństwa. W roku 1919, czy 1920 można było kształtować granice, ustrój, zmieniać geopolitykę, oddalić zagrożenie  – w roku 1926 można było jedynie przygotowywać kraj do wojny, katastrofy, która nieuchronnie musiała nadejść. W przygotowaniach tych Piłsudskiemu potrzebni byli wykonawcy woli, administratorzy, nie politykierzy; potrzebny mu był stukający obcasami Sławoj Składkowski, stupajka Kostek Biernacki, nie zaś mierzący wysoko Sikorski, nie Witos i nie Korfanty.

Piłsudski był mężem stanu, wybitną osobowością, ale był także wielkim samotnikiem. Miał wiernych podkomendnych, ale nie towarzyszy broni, miał wyznawców, ale nie uczniów. Uwielbiały go tłumy, ale rozumieli nieliczni – Hołówko, Sławek, Leon Wasilewski. Dramatem Piłsudskiego było to, że mając swoją Pierwszą, Drugą, czy Piątą – jak szydzili przeciwnicy – Brygadę, nie był w stanie, niczym Roman Dmowski, stworzyć szkoły politycznej, która przetrwałaby swego nauczyciela. I choć do Dmowskiego nikt się dzisiaj nie przyznaje, a Piłsudskiego każdy wynosi na sztandary, to jest to wyniesienie powierzchowne, symbolu bardziej niż polityka. Piłsudski był samotny, bo był niezrozumiany, bo w myśleniu o urządzeniu wschodniej Europy i miejscu Polski w tej części kontynentu wyrósł ponad swoją epokę.

Samotność Józefa Piłsudskiego najbardziej widoczna była w latach próby realizacji jego największego projektu – idei Międzymorza. Gdyby Marszałkowi udało się wprowadzić jego śmiałe, wizjonerskie założenia, zawróciłby historię. To prawda, że za klęskę odważnej koncepcji nie można winić tylko przeciwników politycznych, Dmowskiego, ciasno nacjonalistycznych endeków. Wizja przegrała z politycznymi realiami, ze słabością Ukraińców, obojętnością Białorusinów, wściekłym fanatyzmem Litwinów. Ale to nie mniejszości kresowe rzucały Marszałkowi kłody pod nogi, nie mniejszości kresowe wywracały polskie Sejmy, nie mniejszości kresowe wytrącały mu oręż z ręki, gdy najbardziej tego oręża potrzebował i nie przeciw mniejszościom pomaszerował Piłsudski w roku ’26 na Warszawę.

Józef Piłsudski nie był postacią krystaliczną, ale był mężem stanu, wielkim Polakiem, jednym z twórców II Rzeczypospolitej. Gdy wszystko się już zawaliło, gdy przyszedł tragiczny rok 1944, Lechoń w przejmującym wierszu wołał: „Jak Cię dziś nie wołać, gdy Wilno się pali”. Piłsudskiego już nie było, nie widział katastrofy ukochanego Wilna, ruiny gmachu, który w poczuciu obowiązku tworzył. Prezydent Mościcki powiedział nad jego trumną: „Dał Polsce wolność, granice, moc i szacunek świata…”. Po śmierci Piłsudskiego wolna Polska przetrwała niecałe cztery lata…

CZERWONA NIĆ

Przed ponad sześćdziesięciu laty kresowy pisarz i publicysta, wspominał w emigracyjnym tygodniku „Lwów i Wilno” rocznicę Traktatu Ryskiego. Cztery lata po ujawnieniu zbrodni katyńskiej, po zupełnej katastrofie polskiej polityki wschodniej, Pawlikowski szukał genezy tragedii.

I znalazł ją – w małostkowości, w ciasnocie horyzontów polskiej polityki. Polityki, która wyrzekła się w minimalistycznym Traktacie Ryskim w marcu 1921 roku ponad miliona Polaków zamieszkujących ziemie nad Dnieprem i Berezyną. Pisał:

Nie jestem mistykiem. A jednak nie mogę oprzeć się myśli, że jest jakaś nić – straszna i czerwona – która łączy Traktat Ryski z naszą dzisiejszą tragedią narodową. Biegnie ta nić, wijąc się fantastycznie, niemal kapryśnie, od mogił pomordowanych, a za życia odartych ze skóry ułanów pod Rohaczewem i Niemirowem, do miejsca kaźni pułkownika Mościckiego w borach słuckich, gdzie trzy lata później wytknięto granicę ryską. Później biegnie ta nić do sali sejmowej, gdzie zabrzmiało z galerii słowo „Kainie!…” Gubi się ta nić na lat dwadzieścia, by później zabłysnąć krwawo nad Katyniem. Później nad Wilnem, gdy „sprzymierzeńcy” likwidowali Armię Krajową… I wreszcie zatrzymuje się ta nić czerwona wśród wystygłych rumowisk Warszawy. Zatrzymuje się – na jak długo?

W kwietniu 2010 roku, niska, płytka kalkulacja sprawiła, że do Smoleńska poleciały dwie delegacje. Delegacja prezydencka – po śmierć.

Czerwona nić zatoczyła koło.

ALE TO JUŻ BYŁO…

Nawet najwięksi protagoniści Jarosława Kaczyńskiego nie są w stanie zaprzeczyć oczywistemu faktowi, że były premier zorganizował 10 kwietnia 2011 manifestację polityczną. Odrzucając półsłówka, półśrodki, aluzje, lider Prawa i Sprawiedliwości jednoznacznie wciągnął Smoleńsk na sztandary przyszłej kampanii wyborczej. Bynajmniej nie jako  symbol żałoby. Przemawiając do tłumu na Krakowskim Przedmieściu Kaczyński nie celebrował żałoby – Kaczyński przemawiał w imieniu tych, których  „zdradzono o świcie”.

10 kwietnia 2011 był świętem Prawa i Sprawiedliwości. Te 7 tysięcy wyznawców (bo to słowo staje się coraz bardziej adekwatne) Jarosława Kaczyńskiego, kim by nie byli, to jednak jest siła. Siła, którą, paradoksalnie, włożyli Kaczyńskiemu w rękę małostkowi politycy Platformy Obywatelskiej, cynicznie odmawiając uczczenia tragicznie zmarłych.  W  niedzielę ulice polskich miast należały do Prawa i Sprawiedliwości. Ironicznie można zadać pytanie, gdzie byli tego dnia ludzie Palikota?  Siedzieli przed Internetem, zdolni bluzgać, ale niezdolni wyjść na ulicę. Jakiś pseudoartysta zorganizował w Gdańsku czy Poznaniu pożałowania godny happening „antysmoleński”. Przyszło 41 osób…

Dziś Jarosław Kaczyński ma siłę i autentyczne poparcie mas, a jestem przekonany, że ma też – choć przeciwnicy imputują mu cynizm – wewnętrzne przekonanie o słuszności obranej drogi. Stojąc naprzeciw Pałacu Prezydenckiego mówił nieprzypadkowo o Polsce solidarnej, pojawiło się nawet stwierdzenie o IV RP. To wszystko obserwatorów sceny politycznej może jedynie utwierdzać w przekonaniu, że oto dokonuje się retour Prawa i Sprawiedliwości, marsz, którego hasłem przewodnim będzie synteza starych i nowych ideałów – budowa Polski sprawiedliwej, Polski, za jaką życie oddał Prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński. Problem Kaczyńskiego polega jednak na tym, że on ten marsz już kilkakrotnie w życiu przeszedł.

Dzisiejszy styl działania prezesa Prawa i Sprawiedliwości pomimo zupełnie niepowtarzalnych okoliczności nie jest nowy. Marsze z pochodniami, demonstracje na Krakowskim Przedmieściu – to nawiązanie do owych marszy na Belweder sprzed dwudziestu lat. Wzywanie do budowy Polski solidarnej, Polski sprawiedliwej  – to powtórka tych samych haseł, które towarzyszyły PiS-owi w wygranej kampanii 2005 roku. Dla zagorzałych zwolenników PiS-u to wciąż ta sama wojna, którą obóz braci Kaczyńskich toczył ze zmiennym szczęściem przez dwudziestolecie. Ale nie jest to do końca prawdą.

Sześć, czy szesnaście lat temu Kaczyńscy występowali jako ludzie spoza głównego nurtu polityki, jako kontestatorzy zastanej (bo nie współtworzonej) rzeczywistości.  Dziś Prawo i Sprawiedliwość ma za sobą okres pragmatyzmu, targów i kompromisów, Marcinkiewiczów i Kaczmarków, Lepperów i Giertychów. A przede wszystkim dwa lata sprawowania władzy. I właśnie te dwa lata mogą okazać się główną przeszkodą w długofalowej strategii Jarosława Kaczyńskiego. Dziś Jarosław Kaczyński, odrzucając „chwasty”, z pietyzmem buduje nowy zakon. I gotów jest przeprowadzić ów zakon przez kolejne czterolecie rządów PO, do roku 2015. Pytanie brzmi, ilu z dzisiejszych wyznawców Prezesa gotowych jest na kolejny długi marsz? I ilu z nich ślepo zawierzy swemu przywódcy ryzykując, że na końcu owego marszu spotka ich – odwołajmy się po raz drugi do Herberta – „złote runo nicości”?

Chwała litewskim nacjonalistom

W ubiegłym miesiącu głosami parlamentarnej większości Sejm Republiki Litewskiej zaaprobował nowelizację ustawy o oświacie. Przyjęta ustawa uderza przede wszystkim w polskie szkoły, zakładając, że część przedmiotów dotychczas nauczanych w językach mniejszości narodowych będzie odtąd nauczana po litewsku.

Ustawa o oświacie, skandaliczna w świetle prawa międzynarodowego i cofająca młodych Polaków do czasów carskich, nie jest przypadkiem. Wpisuje się w ciąg antypolskich posunięć rządu w Wilnie, posunięć nie tylko uderzających w tradycję wspólnej państwowości sprzed wieków, w ideę wielonarodowego i wielokulturowego Wielkiego Księstwa, ale zamrażających obecne międzypaństwowe relacje. Nic nie dzieje się jednak bez przyczyny. Analizując bieżącą sytuację na Litwie można wręcz stwierdzić, że ustawa jest odpowiedzią (odpowiedzią za pomocą pięści) na niedawne wyniki wyborów i odniesiony w nich sukces polskiej mniejszości.

Akcja Wyborcza Polaków na Litwie, która w tegorocznych wyborach samorządowych zdobyła 6,5% głosów w skali całego kraju (w tym 70% w rejonie solecznickim, 65% w rejonie wileńskim, a 15% w samym Wilnie), po raz kolejny zaskoczyła politycznych obserwatorów. Zaskoczyła świetnym zorganizowaniem, wewnętrzną dyscypliną, charyzmą liderów, mobilizacją szeregów, o jakiej polskie partie polityczne mogłyby tylko pomarzyć. Litewscy nacjonaliści musieli gorzko przeżuć smak klęski i perspektywę, że Polacy znów będą współrządzić Wilnem.

AWPL jest swego rodzaju fenomenem, który przypomina trochę fenomen Polaków w zaborze pruskim. W im gorszych warunkach przyszło im działać, tym bardziej się mobilizowali i tym gorliwiej walczyli język, o ziemię, z której chciano ich rugować i o własną reprezentację w pruskim Landtagu. Polacy na Wileńszczyźnie, choć żyją w XXI wieku, w zjednoczonej Europie, też walczą o język, który się wypiera z polskich szkół, o ziemię, której rząd niepodległej Litwy nie chce im zwrócić i – skutecznie – o własną reprezentację w Sejmie i samorządach. A od czasów rugów pruskich to chyba ich różni, że Polacy z Wielkopolski byli warstwą wykształconą z dziada pradziada, ci z Wileńszczyzny zaś są potomkami chłopów polskich, którzy nie chcieli bądź nie mogli „repatriować” się po wojnie, gdy do Polski bierutowej wyjechała niemal cała pozostała po sowieckich wywózkach inteligencja.  I może jeszcze jedna różnica – Polacy z zaboru pruskiego walczyli mrówczą pracą przeciw zaborcy, Polacy z Wileńszczyzny spierać się muszą z własną – mimo wszystko – ojczyzną, z krajem którego są obywatelami.

Sukcesy wyborcze Polaków na Litwie budzą nadzieję. Nadzieję, jakiej nie niosła za sobą inercja kolejnych rządów warszawskich, które przedkładały fałszywe obietnice Republiki Litewskiej nad troskę o swobody obywatelskie mieszkających na Wileńszczyźnie rodaków. Dziś Polacy wileńscy, choć muszą zmagać się z coraz bardziej brutalną lituanizacją, stanowią siłę, której mimo wszystko nie uda się litewskim nacjonalistom zdeptać.

Mówią o nas Polakach, że potrafimy się jednoczyć w obliczu niebezpieczeństw i gnuśnieć w czasach spokoju.  Tam, na rubieżach nigdy Polakom nie pozwolono gnuśnieć, tam wykuwała się polskość, stamtąd wyszli Kościuszko, i Mickiewicz, i Piłsudski. Jeśli dzięki głupiej, zaściankowej polityce rządu w Wilnie polskość na Wileńszczyźnie – zagrożona – przetrwa, to chwała litewskim nacjonalistom.

ŻOŁNIERZE WYKLĘCI

Dziś, 1 marca, obchodzimy w Polsce po raz pierwszy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Żołnierzy wyklętych nie tylko przez ich komunistycznych oprawców, ale przede wszystkim przez historię. Żołnierzy antykomunistycznego powstania, które eufemistycznie nazwano wojną domową, żołnierzy, którzy bili się o wolność Polski, a którym przypisano jedynie walkę o honor, o beznadziejną, z góry przegraną sprawę.

Nieprzypadkowo dopiero po 22 latach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości możemy obchodzić takie święto i odwoływać się jako państwo, jako naród do tradycji antysowieckiego zrywu. Historia III Rzeczypospolitej zbudowana została bowiem na innej tradycji, innych życiorysach. Michnik, Geremek, Wałęsa, ale także Kaczyńscy, Macierewicz wyrośli z innych korzeni. I nie chodzi mi o dość prymitywny spór, czyj ojciec był komunistą, a kto w młodości nosił czerwony krawat, ale o coś bardziej zasadniczego. W 1945 wielu stanęło przed dylematem – czy odgruzowywać ruiny i budować nową Polskę, jaka by ona nie była i kto by w mniej nie rządził, czy iść do lasu, czekać na Andersa, bić się o lepszą, wolną, sprawiedliwą ojczyznę. Byli też tacy nieliczni, którzy nie mieli wyboru – czekała ich kula na Służewcu albo kula w lesie – i z reguły wybierali to drugie.

Nie podejmę się odpowiedzi na pytanie, czy droga „Łupaszki”, „Ognia”, „Zapory”, bądź „Uskoka” była drogą słuszną. I nie chodzi mi o tu o słuszność zabijania ubeków i pachołków Moskwy, ale o ten – tak polski niestety – brak ekonomii krwi, o hojne szafowanie tym, co w narodzie najlepsze, najszlachetniejsze, najbardziej skore do poświęceń. Pytanie to zresztą nienowe – ciągnie się za Polakami od wąwozu Somosierry, przez 1863 rok, przez zgliszcza Warszawy…

Niezależnie jednak, czy dziś podziwiamy heroizm ludzi pokroju Witolda Pileckiego, czy podzielamy pragmatyzm Kwiatkowskiego, Mikołajczyka, ludzi „Tygodnika Powszechnego”, powinniśmy przerwać ostatecznie zmowę milczenia, półprawd, niedopowiedzeń. Żeby już nikt nie mówił o „zaplutych karłach reakcji”, o leśnych bandytach. Żołnierze wyklęci, żołnierze powstania antykomunistycznego, walczyli z bronią w ręku o wolną Polskę. Dziś ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, mają swoje święto.

 

Leszek Czajkowski o żołnierzach wyklętych:

http://www.youtube.com/watch?v=7ks_bycQtgU

http://www.youtube.com/watch?v=6TvGGAikh4o&feature=related

DOSŁOWNOŚĆ W SZTUCE

Wczoraj media elektroniczne podały bardzo symptomatyczny przykład promocji kultury – nazwijmy –  alternatywnej. Chodzi mianowicie o zrealizowany w ramach projektu „Haft miejski” billboard, który pojawił się w pięciu największych polskich miastach. Jego istotą są słowa: „Zimo wypierdalaj”. Mnie osobiście treść billboardu bynajmniej nie kojarzy się ze sztuką, nawet szeroko pojmowaną. Ani z kulturą. Ale może to tylko pozory. Może współczesnym dziełom artystycznym potrzebna jest dosłowność, żeby były odpowiednio zrozumiane, żeby mogły przebić się przez kicz. Ironizuję? Chyba nie, skoro projekt został dofinansowany przez resort kultury.

Niestety innowacyjne formy promowania kultury nie mają ostatnio dobrej prasy, a kolejne artystyczne inicjatywy dotowane przez polskie ministerstwa są przez media niezbyt przychylnie przyjmowane. Zaledwie kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że rok chopinowski ma w Niemczech promować wydany przez MSZ i ambasadę polską w Berlinie komiks o tytule „Chopin New Romantic”. Przyznam, że lekturę komiksów zakończyłem lata temu na „Tytusie, Romku i A’tomku”, więc raczej nie nadążam za nowymi trendami. Zresztą wyobraźnię moją przekracza myśl, że sympatyczny Tytus mógłby używać określeń: „cipa”, „chuj”, „koniowalenie”, czy – stanowiący wkład w dziedzinę słowotwórstwa – „jebany cweloholokaust”. Najciekawsze jest przy tym jednak to, że owa nowa neochopinowska romantyka miała promować muzykę wielkiego artysty wśród młodzieży niemieckich szkół. Widocznie mądre głowy w ministerstwie uznały, że muzyka mistrza sama się nie obroni i żeby dotrzeć do tępych chamków w bluzach z kapturami, należy przemówić do nich więziennym slangiem. Zapewne, zauroczeni, sięgnęliby po chopinowskie mazurki i polonezy…

Pomysł promocji kultury przez wulgaryzmy nie wziął się z niczego. Dziś w massmediach przebija się to, co mocne, głośne, dosłowne. Sztuka musi być jaskrawa, słowa muszą brzmieć dobitnie. Przykład pierwszy z brzegu – kreujący się na autorytet moralny charyzmatyczny niegdyś Zbigniew Hołdys przebija się do świadomości społecznej nie recenzjami muzycznymi, lecz recenzowaniem otaczającej rzeczywistości. „Zdemoralizowane chuje” (o kolegach z branży), „ponury chuj” (o Kaczyńskim), „szmaty dziennikarskie” (o „Rzeczpospolitej”), to tylko niektóre z określeń muzyka, który eufemizmów nie zwykł używać. Dzięki takiemu, a nie innemu formułowaniu myśli (bo chyba raczej nie dzięki publicystycznej przenikliwości) Hołdys wciąż funkcjonuje w świadomości publicznej. Resorty kultury i spraw zagranicznych widocznie postanowiły z dosłowności muzyka i wielu innych polskich artystów wziąć przykład. I promują kulturę przez wielkie „K” słowami przez małe „ch”. Dosłowność jest w cenie. A Chopin? Chuj z Chopinem.