Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘polityka’ Category

    „Książki nie czytałam i nawet nie mam zamiaru. Nie oznacza to, że nie przeczytałam żadnego tekstu ks. Isakowicza Zalewskiego. Z przykrością muszę zauważyć, bez względu na intencję autora, że Jego teksty wzbudzają we mnie odrazę”.

Powyższy cytat jest fragmentem jednego z wielu nieprzychylnych księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi – Zaleskiemu komentarzy powstałych po opublikowaniu najnowszej książki niepokornego kapłana. Autorka komentarza, niejaka Maria, nie jest nawiedzonym antyklerykałem – jest to zapewne pobożna pani w określonym wieku, chodząca w świątek, piątek do kościoła, dająca ile trzeba na tacę, zamknięta w hermetycznym świecie pewnych wyobrażeń, pojęć, idei. Nieczytająca, niemyśląca, za to czująca odrazę do tych, którzy świata nie chcą postrzegać w czarno – białych barwach.

Aby nie poświęcać pani Marii zbyt wiele uwagi, przejdźmy do sedna problemu, który tak ją zbulwersował. Oto bowiem ksiądz, ale także pasjonat historii, trudnych spraw, wielki społecznik, opublikował kolejną książkę, w której pisze o sprawach objętych powszechnym tematem tabu. W publikacji „Chodzi mi tylko o prawdę” znany opiekun niepełnosprawnych wchodzi na zaiste śliskie tory – po demistyfikacji tematu ubeckich donosicieli w sutannach, tym razem pochyla się między innymi nad szczególnie bolesnym problemem homoseksualizmu w Kościele. Podkreślmy z całą mocą – pochyla się, z bólem i troską, jako kapłan, jako człowiek wiary.

Nietrudno zgadnąć, że po takiej publikacji brodaty Ormianin opluwany jest na forach internetowych, ale także w tekstach publicystycznych, jako człowiek działający na niekorzyść Kościoła. Opluwany przez ludzi, którzy z czcią ucałują każdy pierścień biskupi i ze wzgardą pominą każdy prawdziwy symbol wiary. Przez tych, którzy pierwsi bronić będą Kościoła jako instytucji, ale ostatni rzucą się do ratowania przegniłych belek, gdy strop już się będzie zapadał.

Atak na księdza Isakowicza – Zaleskiego jest w rozumieniu jego krytyków próbą obrony Kościoła. Ale Kościół nie takiej potrzebuje obrony. By móc głosić zasady moralne, księża i biskupi sami muszą tych zasad przestrzegać. By móc ewangelizować, samemu trzeba mieć w sobie moc wiary. A jakąż siłę moralną, jaką wiarę mogą mieć w sobie pederaści i pedofile skrywający się pod sutannami, jakie świadectwo mogą dawać byli komunistyczni donosiciele?

Ksiądz Isakowicz – Zaleski jest gorliwy w tym co mówi i pisze i z tego jego krytycy czynią mu zarzut. Ale jego gorliwość ma w sobie coś z pasji wielkich odnowicieli Kościoła – ludzi, którzy żywego Boga poszukują w zmurszałych fundamentach. On się nie musi dzisiaj bronić przed zarzutami świętoszkowatych prawicowych publicystów, którzy gotowi są trwać w obłudzie, aby trwać. Ksiądz Tadeusz swoim życiem, swoim służeniem zapomnianym sprawom i potrzebującym bliźnim dał już wystarczające świadectwo własnej wiary. I oby z takimi księżmi Kościół wkraczał w trzecie tysiąclecie.

Reklamy

Read Full Post »

Ugrupowanie Polska Jest Najważniejsza, nie wyszedłszy jeszcze z politycznych pieleszy, przeżyło wstrząs, który zakończyłby żywot niejednej partii. Harakiri Joanny Kluzik – Rostkowskiej – bo tak każdy rozsądny obserwator sceny politycznej musi określić pójście posłanki do Tuska – doczekało się setek komentarzy, z których tylko nieliczne bronią byłej szefowej (o ironio!) „kluzików”. Od strony politycznej skrajna naiwność, od strony etycznej … spuśćmy zasłonę milczenia. Cała afera Kluzikowej jest jednak o tyle ciekawa, że stanowi dobry przedmiot analizy większego procesu politycznego, jakim jest powstanie oraz zmierzch (i odrodzenie?) PJN.

Dzisiejsze kłopoty PJN bynajmniej nie zaczęły się w momencie politycznego sporu Kluzik – Rostkowskiej z resztą klubu poselskiego i nawet nie w chwili wybuchu żenującej afery z Bielanem i okupacją strony internetowej. Przyczyna tkwił głębiej – już w samej genezie stronnictwa. Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość, powstając w okresie totalnego rozpadu struktur polskiej prawicy, podzieliły między siebie znaczną część sceny politycznej, a linię podziałów szczelnie zabetonowały. Próba wbicia się klinem między dwa wymienione molochy do tej pory zawsze kończyła się porażką. Ale nawet porażka może różnić się jakościowo. Marek Jurek, rezygnując z fotela marszałka Sejmu, wychodząc z PiS i tworząc Prawicę RP, reprezentował sobą jakąś sprawę, miał kręgosłup i nawet najgorsi przeciwnicy nie mogli mu zarzucić koniunkturalizmu. Założyciele PJN wybrali inny scenariusz. Liderzy rozłamowego środowiska, tacy jak Kluzik – Rostkowska, czy Poncyliusz, odeszli w momencie, gdy stracili w PiS wpływy, znaczenie, zostali zmarginalizowani przez inne wewnątrzpartyjne frakcje. Co gorsza – odeszli robiąc rejwach przed samymi wyborami samorządowymi. A wystarczyło wyczekać dwa tygodnie, a nawet – paradoksalnie – popracować na sukces PiS-u. Cierpliwość jest w polityce wielkim darem. Jarosław Kaczyński rozumie to znakomicie i umie czekać, Joanna Kluzik – Rostkowska i kilku jej kolegów musi się jeszcze wiele nauczyć.

Sam moment powstania PJN nie był jednak najgorszym z błędów założycieli nowej formacji. Dużo gorsze były motywy kierujące grupą kierowniczą nowej partii. Historia ostatniego dwudziestolecia pokazuje, że partie polityczne można w Polsce zakładać kierując się różnymi przesłankami – dla żartu, autopromocji, w celach biznesowych i towarzyskich. Jeżeli jednak chce się aktywnie uczestniczyć w życiu politycznym, trzeba mieć oprócz powyższych inspiracji jakąś żyźniejszą glebę. Ale tym żyznym podłożem nie może być nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego, a taki motyw działań przyświecał przynajmniej kilku czołowym działaczom PJN-u. Joanna Kluzik – Rostkowska jest tu koronnym przykładem, jest jednak przykład jeszcze bardziej symptomatyczny. Myślę o niejakim Janie Filipie Libickim, synu Marcina Libickiego i członku tzw. klanu Libickich. Wspomniany poseł wystąpił z PiS po skreśleniu jego ojca (ze względu na zawirowania związanie z oświadczeniem lustracyjnym) z listy kandydatów do Europarlamentu w 2009 r. W PJN Libicki był zwolennikiem ostrego kursu antypisowskiego – nieważne, że ze szkodą dla formacji, która, było nie było, z PiS-u się wywodziła. Lepiej zaprzeczyć 5, czy 8 latom własnej działalności, niż powiedzieć jedno dobre słowo o Prezesie Ostatnio Libicki zanegował nawet istnienie dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego. Obecnie ta wyjątkowo antypatyczna persona porzuciła PJN i szykuje się do startu z PO.

PJN-u na takich osobach jak Kluzik – Rostkowska, Libicki, zbudować się nie dało, po prostu nie dało. Dzisiaj te persona opuszczają PJN, aby dalej prowadzić polityczną vendettę przeciw Kaczyńskiemu. Choćby z Tuskiem, Niesiołowskim, choćby nawet z Palikotem. A co z PJN? Moim zdaniem PJN wyjdzie to tylko na zdrowie.

Dzisiaj, bodaj po raz pierwszy od powstania, członkowie PJN-u mogą się wreszcie policzyć. Dzisiaj po raz pierwszy mogą powiedzieć o sobie – jesteśmy centroprawicową formacją o profilu konserwatywno – liberalnym. Dziś wreszcie PJN-em kieruje poważny człowiek, rozsądny polityk i – co najważniejsze – kapitan, który ostatni zejdzie z pokładu. I który nie kieruje się fobiami, uprzedzeniami w rodzaju „z każdym byle nie z PiS”, lecz – w co wierzę – zdrowym rozsądkiem. Paweł Kowal ma dziś może niewielkie szanse żeby okręt pod nazwą PJN utrzymać na wzburzonych falach – z Kluzik – Rostkowską okręt ten musowo poszedł by na dno.

Read Full Post »

Nawet najwięksi protagoniści Jarosława Kaczyńskiego nie są w stanie zaprzeczyć oczywistemu faktowi, że były premier zorganizował 10 kwietnia 2011 manifestację polityczną. Odrzucając półsłówka, półśrodki, aluzje, lider Prawa i Sprawiedliwości jednoznacznie wciągnął Smoleńsk na sztandary przyszłej kampanii wyborczej. Bynajmniej nie jako  symbol żałoby. Przemawiając do tłumu na Krakowskim Przedmieściu Kaczyński nie celebrował żałoby – Kaczyński przemawiał w imieniu tych, których  „zdradzono o świcie”.

10 kwietnia 2011 był świętem Prawa i Sprawiedliwości. Te 7 tysięcy wyznawców (bo to słowo staje się coraz bardziej adekwatne) Jarosława Kaczyńskiego, kim by nie byli, to jednak jest siła. Siła, którą, paradoksalnie, włożyli Kaczyńskiemu w rękę małostkowi politycy Platformy Obywatelskiej, cynicznie odmawiając uczczenia tragicznie zmarłych.  W  niedzielę ulice polskich miast należały do Prawa i Sprawiedliwości. Ironicznie można zadać pytanie, gdzie byli tego dnia ludzie Palikota?  Siedzieli przed Internetem, zdolni bluzgać, ale niezdolni wyjść na ulicę. Jakiś pseudoartysta zorganizował w Gdańsku czy Poznaniu pożałowania godny happening „antysmoleński”. Przyszło 41 osób…

Dziś Jarosław Kaczyński ma siłę i autentyczne poparcie mas, a jestem przekonany, że ma też – choć przeciwnicy imputują mu cynizm – wewnętrzne przekonanie o słuszności obranej drogi. Stojąc naprzeciw Pałacu Prezydenckiego mówił nieprzypadkowo o Polsce solidarnej, pojawiło się nawet stwierdzenie o IV RP. To wszystko obserwatorów sceny politycznej może jedynie utwierdzać w przekonaniu, że oto dokonuje się retour Prawa i Sprawiedliwości, marsz, którego hasłem przewodnim będzie synteza starych i nowych ideałów – budowa Polski sprawiedliwej, Polski, za jaką życie oddał Prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński. Problem Kaczyńskiego polega jednak na tym, że on ten marsz już kilkakrotnie w życiu przeszedł.

Dzisiejszy styl działania prezesa Prawa i Sprawiedliwości pomimo zupełnie niepowtarzalnych okoliczności nie jest nowy. Marsze z pochodniami, demonstracje na Krakowskim Przedmieściu – to nawiązanie do owych marszy na Belweder sprzed dwudziestu lat. Wzywanie do budowy Polski solidarnej, Polski sprawiedliwej  – to powtórka tych samych haseł, które towarzyszyły PiS-owi w wygranej kampanii 2005 roku. Dla zagorzałych zwolenników PiS-u to wciąż ta sama wojna, którą obóz braci Kaczyńskich toczył ze zmiennym szczęściem przez dwudziestolecie. Ale nie jest to do końca prawdą.

Sześć, czy szesnaście lat temu Kaczyńscy występowali jako ludzie spoza głównego nurtu polityki, jako kontestatorzy zastanej (bo nie współtworzonej) rzeczywistości.  Dziś Prawo i Sprawiedliwość ma za sobą okres pragmatyzmu, targów i kompromisów, Marcinkiewiczów i Kaczmarków, Lepperów i Giertychów. A przede wszystkim dwa lata sprawowania władzy. I właśnie te dwa lata mogą okazać się główną przeszkodą w długofalowej strategii Jarosława Kaczyńskiego. Dziś Jarosław Kaczyński, odrzucając „chwasty”, z pietyzmem buduje nowy zakon. I gotów jest przeprowadzić ów zakon przez kolejne czterolecie rządów PO, do roku 2015. Pytanie brzmi, ilu z dzisiejszych wyznawców Prezesa gotowych jest na kolejny długi marsz? I ilu z nich ślepo zawierzy swemu przywódcy ryzykując, że na końcu owego marszu spotka ich – odwołajmy się po raz drugi do Herberta – „złote runo nicości”?

Read Full Post »

Chwała litewskim nacjonalistom

W ubiegłym miesiącu głosami parlamentarnej większości Sejm Republiki Litewskiej zaaprobował nowelizację ustawy o oświacie. Przyjęta ustawa uderza przede wszystkim w polskie szkoły, zakładając, że część przedmiotów dotychczas nauczanych w językach mniejszości narodowych będzie odtąd nauczana po litewsku.

Ustawa o oświacie, skandaliczna w świetle prawa międzynarodowego i cofająca młodych Polaków do czasów carskich, nie jest przypadkiem. Wpisuje się w ciąg antypolskich posunięć rządu w Wilnie, posunięć nie tylko uderzających w tradycję wspólnej państwowości sprzed wieków, w ideę wielonarodowego i wielokulturowego Wielkiego Księstwa, ale zamrażających obecne międzypaństwowe relacje. Nic nie dzieje się jednak bez przyczyny. Analizując bieżącą sytuację na Litwie można wręcz stwierdzić, że ustawa jest odpowiedzią (odpowiedzią za pomocą pięści) na niedawne wyniki wyborów i odniesiony w nich sukces polskiej mniejszości.

Akcja Wyborcza Polaków na Litwie, która w tegorocznych wyborach samorządowych zdobyła 6,5% głosów w skali całego kraju (w tym 70% w rejonie solecznickim, 65% w rejonie wileńskim, a 15% w samym Wilnie), po raz kolejny zaskoczyła politycznych obserwatorów. Zaskoczyła świetnym zorganizowaniem, wewnętrzną dyscypliną, charyzmą liderów, mobilizacją szeregów, o jakiej polskie partie polityczne mogłyby tylko pomarzyć. Litewscy nacjonaliści musieli gorzko przeżuć smak klęski i perspektywę, że Polacy znów będą współrządzić Wilnem.

AWPL jest swego rodzaju fenomenem, który przypomina trochę fenomen Polaków w zaborze pruskim. W im gorszych warunkach przyszło im działać, tym bardziej się mobilizowali i tym gorliwiej walczyli język, o ziemię, z której chciano ich rugować i o własną reprezentację w pruskim Landtagu. Polacy na Wileńszczyźnie, choć żyją w XXI wieku, w zjednoczonej Europie, też walczą o język, który się wypiera z polskich szkół, o ziemię, której rząd niepodległej Litwy nie chce im zwrócić i – skutecznie – o własną reprezentację w Sejmie i samorządach. A od czasów rugów pruskich to chyba ich różni, że Polacy z Wielkopolski byli warstwą wykształconą z dziada pradziada, ci z Wileńszczyzny zaś są potomkami chłopów polskich, którzy nie chcieli bądź nie mogli „repatriować” się po wojnie, gdy do Polski bierutowej wyjechała niemal cała pozostała po sowieckich wywózkach inteligencja.  I może jeszcze jedna różnica – Polacy z zaboru pruskiego walczyli mrówczą pracą przeciw zaborcy, Polacy z Wileńszczyzny spierać się muszą z własną – mimo wszystko – ojczyzną, z krajem którego są obywatelami.

Sukcesy wyborcze Polaków na Litwie budzą nadzieję. Nadzieję, jakiej nie niosła za sobą inercja kolejnych rządów warszawskich, które przedkładały fałszywe obietnice Republiki Litewskiej nad troskę o swobody obywatelskie mieszkających na Wileńszczyźnie rodaków. Dziś Polacy wileńscy, choć muszą zmagać się z coraz bardziej brutalną lituanizacją, stanowią siłę, której mimo wszystko nie uda się litewskim nacjonalistom zdeptać.

Mówią o nas Polakach, że potrafimy się jednoczyć w obliczu niebezpieczeństw i gnuśnieć w czasach spokoju.  Tam, na rubieżach nigdy Polakom nie pozwolono gnuśnieć, tam wykuwała się polskość, stamtąd wyszli Kościuszko, i Mickiewicz, i Piłsudski. Jeśli dzięki głupiej, zaściankowej polityce rządu w Wilnie polskość na Wileńszczyźnie – zagrożona – przetrwa, to chwała litewskim nacjonalistom.

Read Full Post »

W jednym z ostatnich numerów „The Economist” ukazała się totalna krytyka rządu Donalda Tuska. Jej osią był zarzut o fasadowość deklarowanych reform, przykrytą szumnymi, ale pustymi frazesami. Deficyt budżetowy rzędu 7,9 proc. PKB, fatalny stan infrastruktury, brak działań w kierunku rozwiązania problemu emerytur służb mundurowych – to tylko garść zarzutów, jakie brytyjski tygodnik stawia gabinetowi Tuska. Jeżeli do tego dodać brak sukcesów w polityce zagranicznej, jeżeli przypomnieć szykowany zamach na emerytury, zwiększenie VAT na książki, otrzymujemy mocno niepokojący obraz poczynań obozu władzy.

Poważne gazety, niezależni eksperci wieszczą zapaść polskiej gospodarki – to prawda. A raczej jedna z prawd. I nie możemy zapomnieć, że oprócz niej jest jeszcze inna. Ta, która we wszystkich możliwych sondażach wyborczych daje Platformie Obywatelskiej 40 do 50 proc. poparcia i która w rzędzie najpopularniejszych polskich polityków hurtem wymienia Tuska, Buzka, Komorowskiego i kilku innych polityków PO.  Te sondaże, to poparcie nie są jedynie wymysłem mediów, zaklinaniem rzeczywistości. To także prawda – niezależnie od wszystkiego, a nawet wbrew wszystkiemu.

Rząd Tuska na pewno nie jest najlepszym polskim rządem po 1989 roku, a nawet zaryzykowałbym stwierdzenie, że w ogóle nie jest rządem dobrym.  A jednak jest na swój sposób gabinetem wyjątkowym, wręcz fenomenalnym. Udało mu się bowiem złamać zasadę, która w polityce jest może nawet bardziej bezwzględna niż w życiu, a która mówi, że za wszystkie błędy się płaci. Za swoje błędy zapłaciła AWS, zapłacili Leszek Miller i Jarosław Kaczyński.  Tusk jako premier popełnił masę błędów, poczynając od infantylnej polityki zagranicznej, skończywszy na ostatnim skoku na kasę przyszłych emerytów.  Dziś, uprawiając przede wszystkim demagogię zamiast polityki działa a conto, ale polityczna arytmetyka nie zna pojęcia umorzenia długu. Za błędy Tuska i jego ministrów zapłaci w przyszłości bezkrytyczne dziś społeczeństwo.

Pomimo daleko posuniętego sceptycyzmu wobec dokonań gabinetu Donalda Tuska i działalności Platformy Obywatelskiej, nie obwiniałbym jej zbyt mocno. Więcej – rodzi się we mnie podziw. Bo Platforma, jaka by nie była, gra w tym sensie fair, że trzyma się reguł systemu politycznego, w jakim przyszło jej działać. W demokracji zwycięża ten, kto kupuje tłumy, a Donald Tusk posiadł tę umiejętność w stopniu wystarczającym do rządzenia przez dobrą dekadę. Jeżeli społeczeństwu wystarcza, że Tusk od czasu do czasu zgilotynuje któregoś z ministrów albo uściśnie rękę możnym tego świata albo wykona jakiś przyjazny (obojętnie wobec kogo) gest – to jest problem społeczeństwa i jego percepcji rzeczywistości. Nie rządu, który administruje, jak mu słupki sondażowe wskazują. A te pozwalają dziś na wiele.

Kluczem do zmiany sytuacji w Polsce nie są dziś rząd, prezydent, Platforma. Oni korzystają z okazji, niesieni wiatrem poparcia, za co, powtarzam, trudno ich winić. Kluczem do zmian w Polsce jest opozycja. I tu dochodzimy do sedna dramatu. Bowiem ile by Platforma nie kręciła przy OFE, gdzie by jeszcze nie sięgnęła po pieniądze, czego by nie spieprzyła – wszystko jej będzie odpuszczone. Dopóki opozycja nie obudzi się z letargu, Platforma może buszować niczym myszy w zbożu. Hulaj dusza piekła nie ma.

Dobro życia publicznego w Polsce wymaga zrównoważonej, kontrolującej rząd opozycji. Prawo i Sprawiedliwość przestało pełnić taką rolę w momencie, gdy zeszło ze sfery realnej polityki w sferę mitów, podejrzeń, frustracji. Szybkości, z jaką Jarosław Kaczyński przeistoczył się na oczach Polaków z męża stanu w ponurego, złośliwego gnoma, dorównuje jedynie szybkość, z jaką rośnie pycha u premiera Tuska, czy prezydenta Komorowskiego.  Kaczyński, który jest człowiekiem o ogromnej inteligencji, może jednym z niewielu, którzy mają przed oczyma wizję przyszłości Polski, zaprzepaścił szansę realizacji swych idei.  Tusk, który żadnej wizji, choćby głupiej, choćby niedosiężnej, nie posiada, dziś zbiera frukta degrengolady PiS-u. W przypływie szczerości mógłby zakrzyknąć Kaczyńskiemu do ucha: miałeś chamie złoty róg!

Trudno bawić się w proroka (szczególnie we własnym kraju) i przewidywać sekwencję wydarzeń w polityce. Trudno domniemywać, czy prawicowa opozycja zacznie pełnić swoją rolę, czy też osiądzie na mieliźnie, przygnieciona ciężarem Kuchcińskich, Płaszczaków i swego Prezesa? Czy też może wszystko, co na prawo od Platformy pozostało rozsądne, rozważne, myślące o żywych, a nie o umarłych, pójdzie do Kluzik – Rostkowskiej i zbuduje nowoczesną centroprawicę? Jeden wniosek można wysnuć naprędce. Jeżeli nic się nie zmieni i nic nie drgnie w szeregach opozycji, to choćby Platforma była partią z aniołów złożoną (a nie jest), państwo na tym ucierpi. Bo władza, a zwłaszcza władza absolutna i pozbawiona kontroli, korumpuje.

Jest w Meksyku stronnictwo polityczne o nazwie Partia Rewolucyjno – Instytucjonalna. Ten przedziwny twór, zrodzony w toku rewolucji, na drodze dążenia obywateli do lepszego życia, rządził Meksykiem jako monopartia przez 71 lat. Oficjalnej ideologii PRI nie posiadała – ideologię zastępowała nieograniczona władza, nieograniczony dostęp do pieniędzy, mafijna struktura opierająca się na meksykańskich Mirach, Rychach, Zbychach. Pozostaje mieć nadzieję, że Donald Tusk, który przy okazji podróży do Ameryki Łacińskiej przyznał się do fascynacji tamtym regionem świata, nie zdoła wprowadzić do życia jego tradycji politycznych.

Read Full Post »

KOBYŁA U PŁOTU

Słowo miało niegdyś wielką wartość. Nie trzeba sięgać w czasy Zawiszów Czarnych, czy powieściowych Wołodyjowskich, by odnaleźć na kartach historii ludzi zasad i wartości, którzy raz danego słowa w skrajnych nawet okolicznościach nie cofali. Jeszcze w czasach ostatniej wojny, wśród ludzi dziś wymierającego pokolenia bezwzględne honorowanie danego słowa było często spotykane, a w pewnych środowiskach powszechne.

Dzisiaj nie liczy się wartość słowa, dziś liczy się marketing i PR. Obserwując toczącą się kampanię wyborczą dochodzę do wniosku, że można wszystko powiedzieć i wszystko obiecać, a potem zwyczajnie machnąć ręką. Czy słyszał ktoś o politykach, którzy by się podawali do dymisji z powodu nadużytego zaufania, niespełnionych obietnic? Jeśli tak, to chyba nie w naszym kraju.

Przechodząc wczoraj nieopodal ostrowieckiego rynku zatrzymałem się na chwilę przy banerze wyborczym Polskiego Stronnictwa Ludowego. Zerkający z niego marszałek województwa świętokrzyskiego Adam Jarubas – jak głosi podpis – „ręczy za kandydatów z PSL”. Choć mnie samemu nie przyszłoby na myśl ręczyć hurtowo za kilkaset osób, pan Jarubas ma takie prawo i nie śmiałbym przypuszczać, że słów swoich nie traktuje poważnie. Co więcej, sądzę, że jeżeli jedna z osób, za które pan Jarubas ręczy, dostanie się do samorządu, a następnie wsławi się jakimś skandalem (korupcja, jazda po pijanemu itp.), marszałek, jako niefortunny poręczyciel, sam poda się do dymisji. Wszak chyba traktuje poważnie własne słowa.

Za czasów króla Jana Sobieskiego szlachcic nazwiskiem Zaleski odgrażał się napotkanemu podczas podróży nieznajomemu, że jeśli król odmówi mu łaski, o którą jedzie prosić, to pocałuje w zad jego kobyłę. Wkrótce okazało się, że rozmawiał z samym monarchą. Na żartobliwe pytanie króla Jana, co będzie, gdy odmówi prośbie szlachcica, rezolutny Zaleski odrzekł: „słowo się rzekło, kobyła u płotu”. Kobyłka będzie czekać panie marszałku…

Read Full Post »

Wczoraj ukazała się w mediach kolejna z rzędu informacja, że polskie MSZ rozważa zaostrzenie polityki wobec Wilna. Powodem zmiany dyplomatycznego kursu ma być prowokacyjne wręcz łamanie przez władze Republiki Litewskiej praw polskiej mniejszości zamieszkującej Wileńszczyznę. Problem ten ciągnie się od lat zgoła dwudziestu i obejmuje takie kwestie, jak przymusowa lituanizacja polskich nazwisk, pisownia dwujęzycznych nazw oraz nierozwiązana sprawa zwrotu Polakom znacjonalizowanej przez komunistów ziemi. Do tych od lat nieuregulowanych problemów dochodzi sprawa fatalnego traktowania przez tamtejszą administrację największej polskiej inwestycji na Litwie – rafinerii w Możejkach.

Dzisiejsze stosunki polsko –litewskie są problemem politycznym, ale jednocześnie tkwią tak głęboko, jak tylko się da w historii, w kulturze, w mentalności. Kiedy w 1918 powstawała niepodległa Polska, dawna unia z Litwą i tradycja Rzeczpospolitej Obojga Narodów były już tylko mrzonką, ideą, wyblakłym wspomnieniem. Choć jeszcze powstańcy styczniowi śpiewali w nadniemeńskich puszczach „obok Orła znak Pogoni…”, w pokoleniu ich synów i wnuków rozmyła się tradycja wspólnej walki przeciw zaborcy. Pozostała niechęć i wzajemna nieufność.

Litwini zyskali w przeciągu XIX wieku świadomość narodową, ale zyskali coś jeszcze. Wielki, zakorzeniony w mentalności kompleks polski, którzy nie przestał im towarzyszyć po dzień dzisiejszy. Mały liczebnie, chłopski naród nie posiadał elit – te dawno się spolonizowały, nie posiadał historii – tą „zawłaszczyli” sobie Polacy, nie posiadał historycznego, starego Wilna, gdzie w okresie międzywojennym Litwinów było nie więcej niż 2%. Pozostał im silny, żywy nacjonalizm i mur wrogości, który uparcie wznoszono między Kownem a Warszawą.

W dwudziestoleciu międzywojennym stosunki między Polską a Litwą wyglądały fatalnie. Litwini, których nie było niemal wcale na Wileńszczyźnie, nie zapomnieli Polakom „buntu” Żeligowskiego i zajęcia Wilna. Odrzucili lekką ręką polski program federacyjny, odrzucili całą tradycję unii polsko –litewskich, wymazując z kart historii „renegata” Jagiełłę i stawiając pomniki Januszowi Radziwiłłowi. A jednocześnie zamykali się w swym nacjonalizmie. „Nie w tym bowiem leży trudność porozumienia polsko – litewskiego – pisał wybitny pisarz Józef Mackiewicz – że Litwini chcą za dużo, tylko w tym, że chcą za mało. Nie w tym, że anektują nam Mickiewicza, ale w tym, że się go zaczynają wypierać. Nowa Litwa, zrywając kolejno z tradycjami politycznymi starej, przedzierzgnęła się w państwo ciasnonacjonalistyczne, które przyszłość swą widziało w odwróceniu od przeszłości. A my ze swej strony uczyniliśmy wszystko, by Litwinów w ich etnograficznym odosobnieniu utwierdzić”.

Pierwsza odsłona trudnego sąsiedztwa dwóch narodów w XX wieku zakończyła się tragiczną, haniebną kartą zapisaną podczas II wojny światowej. Kartą znaczoną salwami litewskich plutonów egzekucyjnych w lasach ponarskich. Jeżeli Polacy popełniali względem Litwinów błędy, jeżeli nasze elity nie potrafiły zrozumieć dążeń młodego narodu, to ten wziął sobie za to krwawy odwet w latach 1942 – 1944.

Wyniki konferencji jałtańskiej wydawałoby się zlikwidowały stały punkt tarć polsko –litewskich i główną przyczynę konfliktu między obu narodami – spór o Wilno. Choć Jałtę narzucono Polsce siłą, przecież nikt w 1989, w chwili odzyskiwania niezależności, nie zamierzał jej obalać. Stąd też nic dziwnego, że polskie elity, w sumie niezależnie od barwy politycznej, przyjęły za wyznacznik polityki wschodniej wypracowany na emigracji program giedroyciowski, nakazujący wspierać – w imię interesów Polski – niepodległość Litwy, Ukrainy i Białorusi. Najbardziej wytrwałym realizatorem linii politycznej określonej przez redaktora „Kultury”, był w wolnej Polsce Lech Kaczyński.

III Rzeczpospolita od momentu ogłoszenia przez Litwę niepodległości prowadziła wobec postsowieckiej republiki politykę wręcz przyjazną. Patronowaliśmy wszystkim europejskim inicjatywom rządu w Wilnie, a polskie samoloty chroniły w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego litewskie niebo. W zamian polską mniejszość spotykały represje, właściwe krajom trzeciego świata. Brak możliwości zapisu nazwiska za pomocą polskich znaków diaktrycznych (mimo, że Litwini w Polsce mogą takowych używać), lituanizowanie nazwisk, czy szykany za dwujęzyczne nazwy w miejscowościach zamieszkanych w 90% przez Polaków – to tylko niektóre z nich.

Uważam, że dialog z Litwinami jest potrzebny, a wręcz jest polską racją stanu. I, że powinniśmy dążyć do sojuszu strategicznego z Wilnem. Ale nie za wszelką cenę. Czy to się litewskim nacjonalistom podoba, czy nie, polska mniejszość ostała się na Wileńszczyźnie i ma prawo do rozwoju swojej kultury i rodzimego języka. Polacy w Wilnie, Trokach, czy Solecznikach nie są przybyszami, lecz autochtonami, żyjącymi na ziemi przodków od kilkuset lat i choćby z tej racji nie mogą być traktowani przez władze litewskie, jak obywatele drugiej kategorii.

Kiedy w 1938 Litwini zastrzelili na granicy polskiego żołnierza, Warszawa postawiła dywizje w gotowości marszu na Kowno. Ostatecznie Litwini się ugięli, nawiązali normalne stosunki dyplomatyczne i – wbrew pozorom – stosunki między obu państwami na przeszło rok stały się lepsze, niż kiedykolwiek wcześniej. Może i dziś w Warszawie ktoś wreszcie powinien porządnie – toutes proportions gardées – uderzyć pięścią w stół.

Read Full Post »

Older Posts »