Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for the ‘historia’ Category

            W ostatnich tygodniach głośną i dyskutowaną nowością rynku księgarskiego stała się książka Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop – Beck”. Autor – publicysta i kierownik działu historycznego tygodnika „Uważam Rze” – podjął w niej rozważania na temat potencjalnego sojuszu II RP z hitlerowskimi Niemcami. Książce Zychowicza poświęciłem artykuł w swojej rubryce w „Wiadomościach Świętokrzyskich”, dlatego nie chciałbym się szerzej rozwodzić w tym miejscu nad plusami i minusami rozważań autora. Przykuł mą uwagę inny aspekt tego wydarzenia.

            II wojna światowa była dla Polski pasmem nieszczęść. Klęska militarna, rozbiór odbudowanego niedawno państwa, groza okupacji, starty biologiczne sięgające sześciu milionów obywateli, masakra elit, Katyń, Powstanie Warszawskie, zniszczenie stolicy i bezcennych dóbr kultury, Jałta, utrata Kresów Wschodnich, późniejsza stalinizacja i sowietyzacja kraju – to wszystko było konsekwentnym następstwem decyzji podejmowanych przez polskie władze państwowe.

            Taka katastrofa nie powinna, nie może się powtórzyć. A jednocześnie musi stanowić naukę dla przyszłych pokoleń i muszą z niej płynąć odpowiednie wnioski. I jeszcze przez dziesiątki lat geneza i przebieg drugiej wojny światowej powinny być przedmiotem studiów i analiz historyków i politologów. A wśród tych rozważań należy szukać odpowiedzi, czy tej katastrofie można było zapobiec.

            I takiej odpowiedzi poszukuje Zychowicz. I stawia wnioski – może zbyt odważne, może błędne, może zasadzające się na złych przesłankach. Tego nie wiemy i się nie dowiemy – historia nie jest nauką eksperymentalną. Ale powinniśmy o tym dyskutować, stawiać hipotezy, burzyć mity. I przedstawiać własne racje, własne kontrargumenty. Wszak dzieje ojczyste nie raz już udowadniały, że z przeszłości można wyciągać wnioski na przyszłość.

            Tymczasem Zychowicz spotyka się nie z kontrargumentami, lecz z demagogią i to – niestety – z prawej strony sceny publicystycznej. Oto red. Jacek Karnowski, odnotowując w swoim portalu.wpolityce.pl wrażenia z wieczoru autorskiego, taką rysuje konkluzję: „Za sporem wokół książki Zychowicza kryje się tak naprawdę pytanie bardzo współczesne, dużej wagi: czy dziś należy dekonstruować tradycję insurekcyjno-heroiczną, czy ją pielęgnować. Moim zdaniem – należy pielęgnować. Nie dlatego, że zawsze i wszędzie była to postawa słuszna, ale dlatego, że to leży dziś w interesie Polski. Bo to jedyny żywy zasób symboliczny jaki mamy”.

            A więc główną wadą książki Zychowicza nie jest jej niespójność logiczna, lecz to, że nie pielęgnuje postawy insurekcyjno – heroicznej. Jeszcze mocniej wyraża to zaproszony do dyskusji prof. Jan Żaryn, który stwierdza o dyskutowanej koncepcji sojuszu z Hitlerem: „W formie pewnych intelektualnych gier myślowych, zwłaszcza akademickich, jest to dopuszczalne. Nie jesteśmy jednak dzisiaj w tak komfortowej sytuacji by bezkarnie móc dywagować z hukiem na wszystkie tematy”.

            Wiele razy czytałem u prawicowych publicystów gorzkie słowa na temat Adama Michnika i całego systemu wartości, jaki stworzył. I z wieloma negatywnymi tekstami o Michniku – demiurgu III RP i bezdyskusyjnej wyroczni moralno – politycznej – byłem skłonny się zgodzić. Ale czy w tej sytuacji Karnowski ze swoją „postawą insurekcyjno – heroiczną” nie upodabnia się do Michnika? Czy ta bezsensowna negacja racji politycznych, militarnych, ekonomicznych, na rzecz doktrynerstwa i mesjanistycznej wizji narodu, który zbawia innych, a sam dostaje w dupę, to nie jest właśnie intelektualny blackout zarzucany tzw. michnikowszczyźnie? Czy sześć milionów ofiar i oddanie kraju w łapę Bierutów, Jaruzelskich, Kwaśniewskich w imię pielęgnowania „postawy insurekcyjno – heroicznej” niczego was panowie nie nauczyło?

            Przed wojną do najtęższych umysłów należeli kontestatorzy durnego wymachiwania szabelką przez pyszałkowatych epigonów sanacji a jednocześnie zwolennicy Polski wielkiej i mocarstwowej – Mackiewicz, Studnicki, Bocheński. Pisali rzeczy niepopularne, czasem bolesne, ale prawdziwe. Do bólu prawdziwe. Dziś na prawicy modne są teorie spiskowe, biadolenie nad ciężką dolą i budowanie mitów. Cóż, takie czasy.

Read Full Post »

19 lipca 1989 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego Prezydentem PRL. Tego samego dnia, na londyńskiej ulicy, zmarł na zawał serca przedostatni Prezydent RP na uchodźstwie Kazimierz Sabbat. W kręgach starej emigracji od razu połączono te dwa wydarzenia. Śmierć prezydenta, strażnika symboli państwowości polskiej, sama zyskiwała rangę symbolu.

            Prezydentura Kazimierza Sabbata (który na stanowisku głowy państwa na wychodźstwie zastąpił w 1986 roku sędziwego Edwarda Raczyńskiego) przypadła na czas przełomu. Idea emigracyjnego legalizmu i wierności instytucjom Polski przedwrześniowej musiała zostać poddana konfrontacji z politycznymi zmianami, jakie następowały w kraju od połowy lat osiemdziesiątych. Amnestia z września 1986 roku i utrzymujący się od tego momentu stan pośredni pomiędzy konspiracją a jawnością środowisk opozycyjnych w PRL, znamionowały dryf rządzących komunistów ku jakiejś formie dialogu z opozycją. Emigracja reagowała wstrzemięźliwie na te oznaki „odwilży”.

            Prezydent Sabbat, darząc sympatią ruch „Solidarności”, przestrzegał przed układami z rządzącą w Polsce ekipą Jaruzelskiego. Nie występując otwarcie przeciw Okrągłemu Stołowi, pryncypialnie zastrzegał: „Jakiekolwiek będą wyniki Okrągłego Stołu, nie przyniosą one spełnienia tych celów, o które walczyła i walczy emigracja i o które walczy kraj. Będą te wyniki stanowiły poprawę, będą stanowiły postęp i podstawę do dalszej akcji. Na terenie kraju nie wszyscy biorą udział w tych rozmowach. Bierze w nich udział tzw. opozycja konstruktywna, która gotowa jest brać udział w wyborach, które nie będą wyborami. Ale i na terenie kraju istnieje coraz bardziej rosnąca na sile grupa działaczy, organizacje niepodległościowe, organizacje niezależne, stawiające sobie ten sam cel, który stawiają sobie niezłomni z Londynu i innych miast emigracji: Polskę prawdziwie wolną i suwerenną”.

            Spojrzenie z oddali wyostrzało ocenę wydarzeń w kraju. Legalistyczna emigracja obawiała się, że kompromis okrągłostołowy jest ze strony komunistów zwykłym bluffem, taktyką nastawioną na uśpienie przeciwnika. „Po doświadczeniach stanu wojennego, który zawiódł na całej linii, bo nie tylko nie potrafił zniszczyć opozycji, ale ją wzmocnił i rozbudował, Partia przyjęła nową taktykę. Włączyć opozycję we wspólne ramy, wdrukować ją we współpracy z Partią i zneutralizować ją w ramach potężnego aparatu władzy komunistycznej i nomenklatury”– mówił prezydent otwierając pierwsze posiedzenie Rady Narodowej 10 czerwca 1989 roku.

            Jednocześnie Kazimierz Sabbat podsumowywał półwiekowy dorobek emigracji. W jednym z przemówień dokonał swoistego rozrachunku z historią: „Losy naszego narodu, naszego pokolenia, nasze osobiste przeżycia i doświadczenia uformowały nas i wywarły na nas piętno nieusuwalne. Znamy cenę poświęcenia i ofiary. Iluż to z nas zostało na polach bitew, w miejscach kaźni. Każdy akt odwagi, honoru, bezinteresowności, ofiary nawet daremnej budzi w nas wzruszenie. Znamy gorycz zawodu i zdrady. Nauczyliśmy się cierpliwości i czekania bez utraty nadziei i wiary. Czujemy się dziedzicami całej narodowej epopei. Byliśmy bowiem i jesteśmy następnym rozdziałem naszej historii. Na scenę historii weszły już dawno następne pokolenia. Jesteśmy dumni z pokolenia Wałęsy i młodych robotników z Huty – o ironio – Lenina i ze stoczni gdańskiej, jesteśmy dumni z młodzieży studenckiej idącej śladami dziadków. Te pokolenia to dalszy ciąg naszej służby z własnego wyboru, z nakazu historii.

            Kazimierz Sabbat nie krył dezaprobaty dla pomysłu wyboru gen. Jaruzelskiego na prezydenta odzyskującej niepodległość Polski. I nie chodziło tylko o osobę samego Jaruzelskiego. Dla depozytariusza narodowej godności, dla przedstawiciela „emigracji walki”, kompromis zwycięskiej „Solidarności” z komunistami był zaprzeczeniem misji jego pokolenia. Misji, którą był powrót do wolnej Polski, aby po półwieczu móc przekazać wybranemu w wolnych wyborach reprezentantowi Kraju z pietyzmem strzeżone insygnia i symbole polskiej państwowości. Oddanie prezydentury twórcy stanu wojennego było policzkiem dla emigracji niepodległościowej.

            28 lipca 1989 roku, nad grobem prezydenta Sabbata na cmentarzu Gunnersbury, przemawiał jego następca Ryszard Kaczorowski. Ostatni Prezydent RP na uchodźstwie powiedział w mowie pożegnalnej: „Odszedł on nas Polak bez skazy, człowiek nieskazitelny, najlepszy z najlepszych. Składamy jego doczesne szczątki w miejscu przeznaczonym na wieczny spoczynek. Ale wiemy, że nie o tym miejscu myślał. Życzeniem jego było by prochy jego wróciły do Polski całej, wolnej i niepodległej. Bo takiej Polsce życie swoje poświęcił”.

Read Full Post »

Są takie wydarzenia w historii, o których nawet zawodowy badacz dziejów nie waha się pisać żółcią i goryczą. 7 lipca minęła 68. rocznica początku operacji Ostra Brama na Wileńszczyźnie.

Latem 1944 roku polityczno – militarna sytuacja na ziemiach polskich na wschód od Bugu była zła. Była gorsza od przewidywań czynionych jeszcze rok czy dwa lata wcześniej. Polski rząd, politycy, zwykli obywatele od początku wojny niemiecko – sowieckiej zakładali powtórkę z historii, wierzyli w wariant z 1918 roku, kiedy Niemcy, rozbiwszy Rosjan, sami pogrążyli się w chaosie rozprężenia i rewolucji. W roku 1944 nic takiego nie miało miejsca. Front wschodni nie tylko nie rozsypał się gdzieś w stepach Powołża, ale niczym walec, toczył się na zachód, ku Wilnu,  Lwowu, Warszawie.

Przynajmniej od 1943 roku wiadomo było, że Związek Sowiecki nie uszanuje praw Polski do jej przedwojennych granic. Odpowiedzią na zagrożenie miała być Akcja Burza, polegająca na wzmożonej dywersji na tyłach cofającej się armii niemieckiej. Militarne znaczenie Burzy wobec walczących fa froncie niemieckich i sowieckich korpusów i armii pancernych było znikome, politycznie – miała ona potwierdzić prawa Polski do Kresów, ukazać Polaków w roli gospodarzy tych ziem.

Pierwsze działania „burzowe” miały miejsce na Wołyniu, gdzie walkę podjęła 27 Dywizja Piechoty AK. Ale dużo większą politycznie wymowę miały mieć  walki o Wilno i Lwów. Niepomne na doświadczenia z 17 września, na Katyń, na enuncjacje sowieckiej dyplomacji kwestionujące prawa Polski do Ziem Wschodnich, wreszcie na nienajlepsze doświadczenia z Wołynia, dowództwo AK, przy akceptacji rządu londyńskiego, wydało rozkaz ataku.

Tysiące kilometrów od Wilna wychodzący na Bliskim Wschodzie „Dziennik Żołnierza APW” pisał w tym czasie: „Dzień pokoju musi być dniem sprawiedliwości. W tym dniu zadzwonią radośnie dzwony wileńskich kościołów, pochylą się nasze zwycięskie sztandary przed Ostrą Bramą, a z piersi polskich żołnierzy i ludu Wilna popłynie ku niebiosom ta sama pieśń dziękczynna”.

Cudu nad Wilią nie było. Generał „Wilk”, dowódca Okręgu Wileńskiego AK, wykonał rozkaz walki, chcąc zdobyć stolicę Kresów Północno – Wschodnich przed nacierającą od wschodu Armią Czerwoną. Po załamaniu się pierwszego ataku oddziałów AK na ufortyfikowane miasto doszło do zaciętych walk o kresowy gród między wojskami sowieckimi i wspomagającym je Konspiracyjnym Garnizonem Wilna, a broniącymi Wilna Niemcami. Po kilku dniach polska flaga, po raz ostatni, załopotała nad starym Wilnem.

Wówczas jednak los polskich żołnierzy był już przesądzony. Premier Mikołajczyk, przewidując rozwój wydarzeń, zaapelował 18 lipca do Winstona Churchilla o wysłanie brytyjskiego oficera łącznikowego do oddziałów polskich na Wileńszczyźnie. Szef polskiego rządu miał zapewne nadzieję, że powaga misji brytyjskiej uchroni polskich partyzantów przez agresją ze strony Sowietów – nie wiedział jeszcze, że dzień wcześniej Sowieci bezceremonialnie aresztowali ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” i internowali większość oddziałów AK na Wileńszczyźnie. Dwa tygodnie później los wilnian podzielili lwowiacy.

Akcja Burza zakończyła się polityczną klęską. Rząd polski, rzucając tysiące najlepszej młodzieży w beznadziejny bój, pozbawiał się ostatnich kart w rozgrywce o Kresy Wschodnie. Kilka tygodni później świat milcząco obserwował dramat Warszawy – o Kresach nikt poza Polakami nie chciał pamiętać. Wileński konserwatysta Stanisław Cat – Mackiewicz, podsumowując Burzę na Wileńszczyźnie, gorzko napisał: „Rząd Polski Podziemnej chciał zbawiać Warszawę kosztem oddania Wilna Rosji, to nie miał prawa rozkazywać dzieciom wileńskim, aby szły na pomoc Rosjanom w zdobywaniu Wilna”.

Read Full Post »

            14 maja 1792 r. grupa polskich magnatów zawiązała konfederację generalną przeciw „tyranii” i „despotyzmowi” Konstytucji 3 Maja. Data jak i miejsce – kresowa Targowica – były w tym względzie czysto przypadkowe – cały spisek powstał w Petersburgu i był jedynie częścią strategicznych zamierzeń rosyjskiej cesarzowej. Faktyczne znaczenie konfederacji było zresztą mocno ograniczone i rychło nabrała ona znamion politycznego mitu. Jeżeli dla zwolenników konstytucji Szczęsny Potocki et consortes byli przede wszystkim osłami, uwiedzionymi przez Katarzynę, to już dla wznoszącego szubienice mściwego ludu warszawskiego, obrońcy starych zasad ustrojowych byli zwykłymi zdrajcami, winnymi rozbiorowi kraju. Truchła wieszanych karmazynów ukonstytuowały mit Targowicy jako synonimu zdrady, zaprzaństwa, narodowej apostazji. Mit recypowany przez kolejne pokolenia i mocno osadzony w narodowej kulturze. Targowicą obrzucały się – słusznie, bądź w wyniku zacietrzewienia politycznego – kolejne pokolenia Polaków, a twórcy nieszczęsnej konfederacji zajęli w świadomości historycznej rodaków miejsca rodzimych upiorów. Wyspiański, pisząc wielkie narodowe misterium, z kręgów piekielnych wydobył Szelę i właśnie hetmana Branickiego.

            W powszechnej świadomości mit Targowicy niejako sąsiaduje z mitem Baru. Ubrana przez Słowackiego w mistyczno – profetyczne szaty, antyrosyjska i bogoojczyźniana konfederacja barska przeciwstawiana jest zdradzieckiej akcji grupki opłacanych carskimi rublami magnatów, a zrywający szaty matejkowski Rejtan zastawia drogę idącym podpisać akt pierwszego rozbioru przyszłym targowiczanom – Potockiemu i Branickiemu. Poruszając się w obszarze symboliki, możemy przyjąć taką konstrukcję, przechodząc na płaszczyznę historyczną – trudno uwiarygodnić ten naiwny obrazek. Bowiem jeżeli prefiguracją Baru była wymierzona w Stanisława Augusta i zawiązana pod matczyną opieką wojsk rosyjskich konfederacja radomska z 1767 roku, to z kolei ideologiczną spuścizną Baru była – oczywiście do pewnego tylko stopnia – właśnie Targowica.

            Można konfederację targowicką rozpatrywać jako synonim zaprzaństwa, ale można także próbować dokonać falsyfikacji tego zakorzenionego w polskiej kulturze mitu. Oczywiście prawdą jest, że Targowicę utworzyli w dużej mierze rosyjscy jurgieltnicy, że spiritus movens akcji, Szymon Kossakowski, był nawet jak na ówczesne standardy nie lada łajdakiem. Ale odsiewając zgranych karcianych szulerów, politycznych kondotierów i karierowiczów – przecież nie same podejrzane indywidua znajdujemy wśród konfederatów. Weźmy na przykład takiego hetmana Rzewuskiego – ten czołowy luminarz targowicki został ćwierć wieku wcześniej bezprecedensowo uprowadzony i wywieziony przez Repnina na kilka lat do Kaługi. Bynajmniej zresztą nie dlatego, że się sprzeciwiał rządom rosyjskim w Polsce, ale dlatego, że nie godził się na prawa dla innowierców.

            Wydaje się, że postacie Seweryna Rzewuskiego i kilku innych ideologów Targowicy stanowią idealny przykład dla zobrazowania myślowych meandrów twórców konfederacji. Meandrów trudnych do pojęcia z punktu widzenia współczesności – niesioną przez „sojusznicze” armie rosyjskie wolność przeciwstawiających trzeciomajowej tyranii. „Być może, że to usprawiedliwienie moje przed wielu mnie obwini – tłumaczył się w wydanej broszurze poseł Dłuski, podkomorzy lubelski – lecz wyznam, iż trzeci dzień maja smak życia mojego kwasem mi zaprawił, bo nie życzyłem sobie żyć dłużej nad życie narodowej wolności, a porządnej pragnąć nie przestałem. Czuję więc zbliżającą się dla mnie podróż do tych Polaków, którzy mię śmiercią poprzedzili. Konający, pismo to za paszport do wieczności trzymać w ręku będę, aby mię tamci poznali, żem Polak!”. Anonimowy autor broszury „Myśl obywatela o nowej Konstytucji” uderza w jeszcze mocniejsze tony, perorując: „Wielki Boże! Ojcze ojców naszych wolnych. Kochałeś ich, hojnymi swymi obdarzając dobrodziejstwy, wspierałeś ich dzielną ręką, kiedy swojej bronili wolności. Jeżeli dla przestępnych synów mniej łaskawym być musisz, dla zasług jednak cnotliwych ojców czyliż możesz dopuścić aby ciż sami synowie krwią ojców swoich nabytą dla siebie wolność dobrowolnie chcieli utracić? Aby sami na swe karki niewolnicze wkładali jarzmo i unikając klęsk arystokracji, ażeby haniebne monarchii chcieli przyjąć więzy?”. Jeszcze dalej w sublimacji utraconej wolności posunął się poseł Jan Suchorzewski, który próbując zablokować uchwalenie ustawy majowej przez króla, groził, że zasiecze własnego kilkuletniego synka, aby ten nie żył w niewoli, jaką niesie konstytucja.

            Oczywiście nie wszyscy targowiczanie żyli tylko po to, by oddychać wolnym narodowym powietrzem. Biskup Michał Sierakowski, który określił ziemię, dotykaną stopami Szczęsnego Potockiego – mianem świętej, miał całkiem przyziemny interes do kresowego magnata. Zadłużony purpurat, znany z tego, że zastawił Żydom swój pastorał, zwyczajnie potrzebował stałego dopływu pieniędzy na spłatę długów karcianych. Jednakże nawet uznając tromtadracje Sierakowskiego i kilku innych za pustosłowie, nie brakowało przecież wśród przywódców Targowicy osób faktycznie wierzących w wolnościowe ideały. Możnowładcy w stylu Rzewuskiego, czy Potockiego nie zdradzali przecież kraju dla podratowania budżetu. Jaki więc demiurg pisał koleje ich losów?

            Demiurgiem tym wydaje się być zwulgaryzowana i skarlała idea złotej wolności. Nie owej wolności, która swego czasu zrodziła obywatelską Rzeczpospolitą szlachecką, lecz wolności posuniętej do anarchii – będącej, używając słów Józefa Szujskiego – „Dejaniry palącą koszulą”. Znakomity badacz dziejów Polski, opisując epokę, którą wieńczyła konfederacja targowicka, nazwał ją „nie epoką wolności, bo ta zdobytą była do ostatnich granic, ale epoką nieustannej rewolucji władzy przeciw formie zastygłej, która rządzić nie pozwalała”. I taką zastygłą formę polskiego republikanizmu reprezentowała właśnie Targowica. Zastygłą w pojęciach z co najmniej z XVII wieku. Seweryn Rzewuski, który tak gorąco gardłował przeciwko Konstytucji 3 Maja, jednocześnie cieszył się na wieść, że lud paryski zburzył Bastylię. Czołowy obrońca starych swobód wiedział z książek, że francuscy tyrani więzili w Bastylii różnych Rochefoucauldów, Montmorencych czy Kondeuszów. Szczęsny Potocki, w przeddzień epoki napoleońskiej zaproponował swój projekt ustroju Rzeczpospolitej, czyniący z Polski oligarchiczną republikę szlachecką, właściwie pozbawioną władzy centralnej. Bardziej reformatorski okazał się ustrój kadłubowego państwa uchwalony przez obradujący pod dyktatem rosyjskim sejm grodzieński 1793 roku.

            Pamięć historyczna dość łatwo przeszła do porządku nad Targowicą, przeciwstawiając grupkę zdradzieckich magnatów światłym twórcom konstytucji 3 maja. Pytanie tylko, czy targowiczanie reprezentowali jedynie wąsko rozumiany partykularyzm, czy też ich poglądy ustrojowe, mentalność, stosunek do własnego państwa, były wynaturzonym dziedzictwem szlacheckiego republikanizmu, na piedestał wynoszącego wolność i jednocześnie zdejmującego z tej wolności wszelkie ograniczenia? A jeśli tak, to ile z tego dziedzictwa zostało w nas i w naszym postrzeganiu państwa i czy kategorie myślowe przywódców targowickich są aż tak odległe od stylu myślenia wielu dzisiejszych sterników narodu?

Read Full Post »

 „Walą się światy, krwią opływają lądy i oceany. Nowe narastające epoki nowych żądają wysiłków. Nie ma odwrotu, ani powrotu. Nowe będą budowane wartości naszymi młodymi rękami. Jedyną istotną cechą, miernikiem życia, stanie się praca i wysiłek umysłu i mięśni, miernikiem życia jednostki i narodu. Rozległe pola ziem naszych przeorane pługiem maszyn śmiertelnych, wyludnione i skrwawione, mają się stać podłożem nowego życia. Polska, marzenie Piłsudskiego, ta sama blaskiem mocy i kultury stojąca Polska Jagiellońska, sąsiadom chętna, duchem twórcza, wolnością bogata, wartości nowe światu niosąca. To ta sama Polska naszego dążenia”.

„Listy z Londynu” nr 11 z 17.03.1943

76 lat temu, 12 maja 1935 r., odszedł do wieczności Marszałek Józef Piłsudski, jeden z twórców niepodległej Polski. 85 lat temu, 12 maja 1926 r., Piłsudski poprowadził swe wojska na Warszawę, siłą zdobywając władzę w państwie. Dwa te wydarzenia, znamienne w historii II Rzeczypospolitej, spina klamra 9 lat autorytarnych rządów Marszałka. Napisano setki książek, tysiące artykułów, historycy przedyskutowali niezliczoną liczbę godzin spierając się o bilans tych rządów, o ocenę Komendanta. Dyskutowano o tym, czy cień ojca Niepodległości przesłania cień Berezy, czy był Piłsudski polskim Cyncynatem, czy polskim Rycymerem. Bo że był Marszałek postacią wielkiego formatu, człowiekiem, który nadał kierunek polskiej historii – tego nawet najwięksi przeciwnicy nie mogą mu odmówić.

Z perspektywy lat i doświadczeń historycznych można, a nawet trzeba podsumowywać dawno minioną epokę i jej głównych aktorów. Ale jest intelektualnym nadużyciem zawężać tą ocenę do pewnych tylko zdarzeń, faktów, wybierać zjawiska, nie pamiętając o ich kontekście. Piłsudski, który łamał opozycję, konstytucję, organizował proces brzeski, był politykiem, który doświadczył, czym jest walka stronnictw, partyjne zacietrzewienie, który współtworzył demokratyczną Polskę, po to tylko, by nieszczęsnego Narutowicza dosięgła kula dla niego pierwotnie przeznaczona. Nie urodził się Józef Piłsudskim politykiem autorytarnym – to demokracja polska zrobiła z niego autokratę.

Obejmując rządy, objął je Piłsudski zbyt późno. Był politycznym wizjonerem, musiał mieć poczucie wiszącego nad Polską niebezpieczeństwa. W roku 1919, czy 1920 można było kształtować granice, ustrój, zmieniać geopolitykę, oddalić zagrożenie  – w roku 1926 można było jedynie przygotowywać kraj do wojny, katastrofy, która nieuchronnie musiała nadejść. W przygotowaniach tych Piłsudskiemu potrzebni byli wykonawcy woli, administratorzy, nie politykierzy; potrzebny mu był stukający obcasami Sławoj Składkowski, stupajka Kostek Biernacki, nie zaś mierzący wysoko Sikorski, nie Witos i nie Korfanty.

Piłsudski był mężem stanu, wybitną osobowością, ale był także wielkim samotnikiem. Miał wiernych podkomendnych, ale nie towarzyszy broni, miał wyznawców, ale nie uczniów. Uwielbiały go tłumy, ale rozumieli nieliczni – Hołówko, Sławek, Leon Wasilewski. Dramatem Piłsudskiego było to, że mając swoją Pierwszą, Drugą, czy Piątą – jak szydzili przeciwnicy – Brygadę, nie był w stanie, niczym Roman Dmowski, stworzyć szkoły politycznej, która przetrwałaby swego nauczyciela. I choć do Dmowskiego nikt się dzisiaj nie przyznaje, a Piłsudskiego każdy wynosi na sztandary, to jest to wyniesienie powierzchowne, symbolu bardziej niż polityka. Piłsudski był samotny, bo był niezrozumiany, bo w myśleniu o urządzeniu wschodniej Europy i miejscu Polski w tej części kontynentu wyrósł ponad swoją epokę.

Samotność Józefa Piłsudskiego najbardziej widoczna była w latach próby realizacji jego największego projektu – idei Międzymorza. Gdyby Marszałkowi udało się wprowadzić jego śmiałe, wizjonerskie założenia, zawróciłby historię. To prawda, że za klęskę odważnej koncepcji nie można winić tylko przeciwników politycznych, Dmowskiego, ciasno nacjonalistycznych endeków. Wizja przegrała z politycznymi realiami, ze słabością Ukraińców, obojętnością Białorusinów, wściekłym fanatyzmem Litwinów. Ale to nie mniejszości kresowe rzucały Marszałkowi kłody pod nogi, nie mniejszości kresowe wywracały polskie Sejmy, nie mniejszości kresowe wytrącały mu oręż z ręki, gdy najbardziej tego oręża potrzebował i nie przeciw mniejszościom pomaszerował Piłsudski w roku ’26 na Warszawę.

Józef Piłsudski nie był postacią krystaliczną, ale był mężem stanu, wielkim Polakiem, jednym z twórców II Rzeczypospolitej. Gdy wszystko się już zawaliło, gdy przyszedł tragiczny rok 1944, Lechoń w przejmującym wierszu wołał: „Jak Cię dziś nie wołać, gdy Wilno się pali”. Piłsudskiego już nie było, nie widział katastrofy ukochanego Wilna, ruiny gmachu, który w poczuciu obowiązku tworzył. Prezydent Mościcki powiedział nad jego trumną: „Dał Polsce wolność, granice, moc i szacunek świata…”. Po śmierci Piłsudskiego wolna Polska przetrwała niecałe cztery lata…

Read Full Post »

Przed ponad sześćdziesięciu laty kresowy pisarz i publicysta, wspominał w emigracyjnym tygodniku „Lwów i Wilno” rocznicę Traktatu Ryskiego. Cztery lata po ujawnieniu zbrodni katyńskiej, po zupełnej katastrofie polskiej polityki wschodniej, Pawlikowski szukał genezy tragedii.

I znalazł ją – w małostkowości, w ciasnocie horyzontów polskiej polityki. Polityki, która wyrzekła się w minimalistycznym Traktacie Ryskim w marcu 1921 roku ponad miliona Polaków zamieszkujących ziemie nad Dnieprem i Berezyną. Pisał:

Nie jestem mistykiem. A jednak nie mogę oprzeć się myśli, że jest jakaś nić – straszna i czerwona – która łączy Traktat Ryski z naszą dzisiejszą tragedią narodową. Biegnie ta nić, wijąc się fantastycznie, niemal kapryśnie, od mogił pomordowanych, a za życia odartych ze skóry ułanów pod Rohaczewem i Niemirowem, do miejsca kaźni pułkownika Mościckiego w borach słuckich, gdzie trzy lata później wytknięto granicę ryską. Później biegnie ta nić do sali sejmowej, gdzie zabrzmiało z galerii słowo „Kainie!…” Gubi się ta nić na lat dwadzieścia, by później zabłysnąć krwawo nad Katyniem. Później nad Wilnem, gdy „sprzymierzeńcy” likwidowali Armię Krajową… I wreszcie zatrzymuje się ta nić czerwona wśród wystygłych rumowisk Warszawy. Zatrzymuje się – na jak długo?

W kwietniu 2010 roku, niska, płytka kalkulacja sprawiła, że do Smoleńska poleciały dwie delegacje. Delegacja prezydencka – po śmierć.

Czerwona nić zatoczyła koło.

Read Full Post »

Dziś, 1 marca, obchodzimy w Polsce po raz pierwszy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Żołnierzy wyklętych nie tylko przez ich komunistycznych oprawców, ale przede wszystkim przez historię. Żołnierzy antykomunistycznego powstania, które eufemistycznie nazwano wojną domową, żołnierzy, którzy bili się o wolność Polski, a którym przypisano jedynie walkę o honor, o beznadziejną, z góry przegraną sprawę.

Nieprzypadkowo dopiero po 22 latach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości możemy obchodzić takie święto i odwoływać się jako państwo, jako naród do tradycji antysowieckiego zrywu. Historia III Rzeczypospolitej zbudowana została bowiem na innej tradycji, innych życiorysach. Michnik, Geremek, Wałęsa, ale także Kaczyńscy, Macierewicz wyrośli z innych korzeni. I nie chodzi mi o dość prymitywny spór, czyj ojciec był komunistą, a kto w młodości nosił czerwony krawat, ale o coś bardziej zasadniczego. W 1945 wielu stanęło przed dylematem – czy odgruzowywać ruiny i budować nową Polskę, jaka by ona nie była i kto by w mniej nie rządził, czy iść do lasu, czekać na Andersa, bić się o lepszą, wolną, sprawiedliwą ojczyznę. Byli też tacy nieliczni, którzy nie mieli wyboru – czekała ich kula na Służewcu albo kula w lesie – i z reguły wybierali to drugie.

Nie podejmę się odpowiedzi na pytanie, czy droga „Łupaszki”, „Ognia”, „Zapory”, bądź „Uskoka” była drogą słuszną. I nie chodzi mi o tu o słuszność zabijania ubeków i pachołków Moskwy, ale o ten – tak polski niestety – brak ekonomii krwi, o hojne szafowanie tym, co w narodzie najlepsze, najszlachetniejsze, najbardziej skore do poświęceń. Pytanie to zresztą nienowe – ciągnie się za Polakami od wąwozu Somosierry, przez 1863 rok, przez zgliszcza Warszawy…

Niezależnie jednak, czy dziś podziwiamy heroizm ludzi pokroju Witolda Pileckiego, czy podzielamy pragmatyzm Kwiatkowskiego, Mikołajczyka, ludzi „Tygodnika Powszechnego”, powinniśmy przerwać ostatecznie zmowę milczenia, półprawd, niedopowiedzeń. Żeby już nikt nie mówił o „zaplutych karłach reakcji”, o leśnych bandytach. Żołnierze wyklęci, żołnierze powstania antykomunistycznego, walczyli z bronią w ręku o wolną Polskę. Dziś ci nieliczni, którzy jeszcze żyją, mają swoje święto.

 

Leszek Czajkowski o żołnierzach wyklętych:

http://www.youtube.com/watch?v=7ks_bycQtgU

http://www.youtube.com/watch?v=6TvGGAikh4o&feature=related

Read Full Post »

Older Posts »