Feeds:
Posty
Komentarze

KSIĄŻKA ZYCHOWICZA

            W ostatnich tygodniach głośną i dyskutowaną nowością rynku księgarskiego stała się książka Piotra Zychowicza „Pakt Ribbentrop – Beck”. Autor – publicysta i kierownik działu historycznego tygodnika „Uważam Rze” – podjął w niej rozważania na temat potencjalnego sojuszu II RP z hitlerowskimi Niemcami. Książce Zychowicza poświęciłem artykuł w swojej rubryce w „Wiadomościach Świętokrzyskich”, dlatego nie chciałbym się szerzej rozwodzić w tym miejscu nad plusami i minusami rozważań autora. Przykuł mą uwagę inny aspekt tego wydarzenia.

            II wojna światowa była dla Polski pasmem nieszczęść. Klęska militarna, rozbiór odbudowanego niedawno państwa, groza okupacji, starty biologiczne sięgające sześciu milionów obywateli, masakra elit, Katyń, Powstanie Warszawskie, zniszczenie stolicy i bezcennych dóbr kultury, Jałta, utrata Kresów Wschodnich, późniejsza stalinizacja i sowietyzacja kraju – to wszystko było konsekwentnym następstwem decyzji podejmowanych przez polskie władze państwowe.

            Taka katastrofa nie powinna, nie może się powtórzyć. A jednocześnie musi stanowić naukę dla przyszłych pokoleń i muszą z niej płynąć odpowiednie wnioski. I jeszcze przez dziesiątki lat geneza i przebieg drugiej wojny światowej powinny być przedmiotem studiów i analiz historyków i politologów. A wśród tych rozważań należy szukać odpowiedzi, czy tej katastrofie można było zapobiec.

            I takiej odpowiedzi poszukuje Zychowicz. I stawia wnioski – może zbyt odważne, może błędne, może zasadzające się na złych przesłankach. Tego nie wiemy i się nie dowiemy – historia nie jest nauką eksperymentalną. Ale powinniśmy o tym dyskutować, stawiać hipotezy, burzyć mity. I przedstawiać własne racje, własne kontrargumenty. Wszak dzieje ojczyste nie raz już udowadniały, że z przeszłości można wyciągać wnioski na przyszłość.

            Tymczasem Zychowicz spotyka się nie z kontrargumentami, lecz z demagogią i to – niestety – z prawej strony sceny publicystycznej. Oto red. Jacek Karnowski, odnotowując w swoim portalu.wpolityce.pl wrażenia z wieczoru autorskiego, taką rysuje konkluzję: „Za sporem wokół książki Zychowicza kryje się tak naprawdę pytanie bardzo współczesne, dużej wagi: czy dziś należy dekonstruować tradycję insurekcyjno-heroiczną, czy ją pielęgnować. Moim zdaniem – należy pielęgnować. Nie dlatego, że zawsze i wszędzie była to postawa słuszna, ale dlatego, że to leży dziś w interesie Polski. Bo to jedyny żywy zasób symboliczny jaki mamy”.

            A więc główną wadą książki Zychowicza nie jest jej niespójność logiczna, lecz to, że nie pielęgnuje postawy insurekcyjno – heroicznej. Jeszcze mocniej wyraża to zaproszony do dyskusji prof. Jan Żaryn, który stwierdza o dyskutowanej koncepcji sojuszu z Hitlerem: „W formie pewnych intelektualnych gier myślowych, zwłaszcza akademickich, jest to dopuszczalne. Nie jesteśmy jednak dzisiaj w tak komfortowej sytuacji by bezkarnie móc dywagować z hukiem na wszystkie tematy”.

            Wiele razy czytałem u prawicowych publicystów gorzkie słowa na temat Adama Michnika i całego systemu wartości, jaki stworzył. I z wieloma negatywnymi tekstami o Michniku – demiurgu III RP i bezdyskusyjnej wyroczni moralno – politycznej – byłem skłonny się zgodzić. Ale czy w tej sytuacji Karnowski ze swoją „postawą insurekcyjno – heroiczną” nie upodabnia się do Michnika? Czy ta bezsensowna negacja racji politycznych, militarnych, ekonomicznych, na rzecz doktrynerstwa i mesjanistycznej wizji narodu, który zbawia innych, a sam dostaje w dupę, to nie jest właśnie intelektualny blackout zarzucany tzw. michnikowszczyźnie? Czy sześć milionów ofiar i oddanie kraju w łapę Bierutów, Jaruzelskich, Kwaśniewskich w imię pielęgnowania „postawy insurekcyjno – heroicznej” niczego was panowie nie nauczyło?

            Przed wojną do najtęższych umysłów należeli kontestatorzy durnego wymachiwania szabelką przez pyszałkowatych epigonów sanacji a jednocześnie zwolennicy Polski wielkiej i mocarstwowej – Mackiewicz, Studnicki, Bocheński. Pisali rzeczy niepopularne, czasem bolesne, ale prawdziwe. Do bólu prawdziwe. Dziś na prawicy modne są teorie spiskowe, biadolenie nad ciężką dolą i budowanie mitów. Cóż, takie czasy.

            Minął półmetek XXX Igrzysk Olimpijskich. Dość ryzykownym jest formułować jakieś kategoryczne oceny (choć pierwsze podsumowania formy polskich sportowców czy też jakości transmisji w TVP pojawiły się już po 2,3 dniach), aby za tydzień nie trzeba się było ugryźć w język. Tym niemniej kilku refleksji, niezależnie od czekających nas niespodzianek medalowych, już się raczej nie da odwrócić.

            Sport z dekady na dekadę i z roku na rok ulega profesjonalizacji a na uprawianie poszczególnych dyscyplin na poziomie amatorskim mogą pozwolić już tylko egzotyczne drużyny, nieuczestniczące w „wyścigu zbrojeń”. Wydolność ludzkiego organizmu, która zbliża się do granic możliwości, coraz mocniej stymulowana jest przez technologię i medycynę. Czasem – jak w przypadku Oskara Pistoriusa, biegacza z protezami z włókna węglowego zamiast nóg – prowadzi to do zasadniczych pytań o etyczne granice ingerencji nauki w ludzki organizm.

            Olimpiada przestaje być areną jedynie sportowych zmagań. 100 chińskich medali w Pekinie (w tym aż 51 złotych) wobec 63 w Atenach wskazuje, jak intensywnie niektóre kraje przygotowują się do olimpijskich zmagań. Kilka dni temu czytałem artykuł o szkoleniu dzieci w ChRL. W 3 tysiącach szkół sportowych trenuje 400 tysięcy uczniów! Demografia oraz olbrzymi nakład sił i środków pozwalają wyłonić tych, którzy za kilka lat z powodzeniem będą bić się o olimpijskie złoto. W Londynie po 8 dniach Igrzysk Olimpijskich Chiny mają 53 medale i ścigają się w klasyfikacji z USA. Kto wie, może za 4 lata w Rio lub za 8 lat w Madrycie, Tokio bądź Stambule skośnoocy olimpijczycy zupełnie zdominują znaczną część dyscyplin.

            Tak jak już dziś zdominowali tenis stołowy czy badminton. Smutnym tego epizodem sprzed kilku dni jest dyskwalifikacja czterech par badmintonowych – dwóch z Chin i dwóch z Korei Południowej – za ustawiane wyników meczów, bo tak chyba należy rozumieć dążenie do umyślnego przegrania rywalizacji celem uniknięcia pojedynków par z jednego kraju w kolejnej rundzie turnieju. Zastrzeżenia do rywalizacji zgodnej z duchem Olimpiady nie dotyczą oczywiście tylko tej jednej dyscypliny. Na przykład, dziennikarze sportowi od lat piszą o rządzącej światowym judo japońskiej mafii sędziowskiej.

            A jak na tym nieciekawym tle rysują się sportowe wyniki Polaków?  Dumni oczywiście jesteśmy ze zdobytych medali, tym bardziej, że w wielu dyscyplinach medale (wioślarstwo, strzelectwo) krążki te będą pojedynczymi rodzynkami. Ale złoto, srebro i brąz, które polscy sportowcy już dobyli i jeszcze zdobędą, nie są w stanie przesłonić ciemnych stron polskiego startu na Igrzyskach Olimpijskich oraz faktu, że bardzo ciężko będzie przebić (obym się mylił) liczę 10 medali zdobytych w Pekinie. Po prostu polscy olimpijczycy – mówiąc dosadnie – póki co zawodzą.

            Zachwyceni sukcesami siatkarzy nie możemy zapominać, że w większości dyscyplin, zamiast czynić postępy, cofamy się. Jak dotąd żaden polski sportowiec nie poprawił w Londynie swojej życiówki. Z takimi wynikami i takim postępem sportowym większość tych, których oglądamy na bieżni, parkiecie, macie, planszy czy w basenie będzie miała ogromny problem w ogóle zakwalifikować się na Igrzyska w Rio. A następców w wielu sportowych dyscyplinach po prostu nie widać.

            Z czego wynikają słabe wyniki osiągane w Londynie? Można oczywiście mówić o gorszej dyspozycji dnia, pechu, czy nawet dyskusyjnej decyzji sędziów (judoka Zagrodnik), ale trudno spostrzeżenia te stosować do wszystkich dyscyplin i do występujących w nich ponad 200 zawodników. A przecież w wielu dyscyplinach, także w tych, w których w przeszłości dominowaliśmy, w Londynie ponieśliśmy zupełną klęskę. Polskie pływanie, święcące tryumfy w Atenach, obecnie nie istnieje, bez medalu wrócili szermierze, judocy, kajakarze. Honor wioślarstwa, po szumnych i pustych zapowiedziach przedolimpijskich, uratowały dwie panie.

            Nie jest dobrze także w tych dyscyplinach, w których odnosimy względne sukcesy. Do Adriana Zielińskiego wielkie szanse ma dołączyć mocny w tym roku Marcin Dołęga, ale właśnie – może paradoksalnie – sukces Zielińskiego obnażył niezdrowe zasady, panujące w Polskim Związku Podnoszenia Ciężarów. Złoty medalista z Londynu, ma obecnie postępowanie dyscyplinarne za samowolny, dokonany za jego własne pieniądze, wybór ośrodka treningowego. Wypada mieć nadzieje, że panowie działacze jednak przyznają, że Zieliński miał rację, jadąc do Gruzji i przygotowując formę na złoto. Pytanie tylko o kompetencje tych, którzy mu tego wyjazdu chcieli zabronić.

            Nie mam wątpliwości, że sprawa Zielińskiego i PZPC to tylko wierzchołek góry lodowej. Tyle tylko, że o większości przykładów wszechwładzy działaczy sportowych w mało medialnych, hermetycznych dyscyplinach, zapewne nigdy się nie dowiemy. A to właśnie tam w dużej mierze tkwi praprzyczyna tego, że musimy drżeć, aby XXX Igrzyska Olimpijskie nie okazały się najgorszymi pod względem zdobytych medali od lat 50. (nigdy, po 1956 roku, Polska nie zdobyła mniej niż 9 medali).

            Nawet, jeżeli w jakiejś dyscyplinie Polacy zaczynają odnosić sukcesy, to brakuje ich kontynuacji. Najlepszy będzie tu przykład Adama Małysza, ogromnego wzrostu popularności skoków narciarskich, dekady sukcesów i posuchy, jaka zapanowała po odejściu orła z Wisły.. To samo zjawisko można przenieść na wiele letnich dyscyplin olimpijskich. Gdzie są dziś następcy Otylii Jędrzejczak, Roberta Korzeniowskiego, zapaśników z Atlanty?

            Jasnym jest, że w wielu przypadkach wpływ na osiągane wyniki polskich sportowców ma cały system szkolenia i finansowania sportu. Pisałem kiedyś na tym blogu felieton o stypendiach sportowych w rodzinnym Ostrowcu Świętokrzyskim. Najwięcej dostają mierni piłkarze. A realne sukcesy na arenie międzynarodowej, w mniej popularnych sportach, są wyceniane kilkakrotnie niżej.

            I tu w znacznej mierze tkwi przyczyna, że polscy sportowcy zawodzą. Jedynie odpowiedni system promocji sportu może zaowocować zwiększoną konkurencją i selekcją, jedynie odpowiedni stopień motywacji, także tej finansowej, może stanowić najkrótszą drogę do olimpijskiego sukcesu. Tymczasem dziś przeciętny pływak czy lekkoatleta stoi na końcu łańcucha, w którym prominentne miejsca zajmują urzędnicy, związki i działacze. I to oni przeżerają większość pieniędzy, które należałoby zainwestować w sport amatorski. Bo jestem przekonany, że z wielu inwestycji, ta właśnie, w wymiarze społecznym, przyniosłaby realne korzyści.

            Dziś czytam, że Adrian Zieliński rozważa zmianę barw reprezentacyjnych. Nie dziwię się młodemu sportowcowi, że wyrzuca żale teraz, kiedy jego nazwisko znajduje się w nagłówkach większości gazet. Wszak nie walczy o jakieś niewiarygodny kontrakt, tylko o możliwość spokojnego przygotowania się do kolejnych startów i kolejnych zwycięstw. A nie da się żyć powietrzem. Mam nadzieję, że osiągnie porozumienie z PZPC, gdyż w przeciwnym wypadku mielibyśmy koronny przykład zrujnowania z mozołem budowanego sukcesu. A na taką ruinę polskiego spory po prostu nie stać.

            Chciałbym, żeby w klasyfikacji medalowej Polska dobiła do wyniku sprzed czterech i ośmiu lat. Tak sobie jednak myślę, że jeżeli nie dobije, to może wreszcie da to jakiś impuls do zmian. Bo to żadna przyjemność oglądać, jak w kolejnych dyscyplinach inne federacje nam coraz bardziej uciekają. Czas zacząć gonić świat, jeżeli nie chcemy oglądać własnych sportowców w roli asystentów w sukcesach, które osiągają inni.

ŚMIERĆ PREZYDENTA

19 lipca 1989 roku Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego Prezydentem PRL. Tego samego dnia, na londyńskiej ulicy, zmarł na zawał serca przedostatni Prezydent RP na uchodźstwie Kazimierz Sabbat. W kręgach starej emigracji od razu połączono te dwa wydarzenia. Śmierć prezydenta, strażnika symboli państwowości polskiej, sama zyskiwała rangę symbolu.

            Prezydentura Kazimierza Sabbata (który na stanowisku głowy państwa na wychodźstwie zastąpił w 1986 roku sędziwego Edwarda Raczyńskiego) przypadła na czas przełomu. Idea emigracyjnego legalizmu i wierności instytucjom Polski przedwrześniowej musiała zostać poddana konfrontacji z politycznymi zmianami, jakie następowały w kraju od połowy lat osiemdziesiątych. Amnestia z września 1986 roku i utrzymujący się od tego momentu stan pośredni pomiędzy konspiracją a jawnością środowisk opozycyjnych w PRL, znamionowały dryf rządzących komunistów ku jakiejś formie dialogu z opozycją. Emigracja reagowała wstrzemięźliwie na te oznaki „odwilży”.

            Prezydent Sabbat, darząc sympatią ruch „Solidarności”, przestrzegał przed układami z rządzącą w Polsce ekipą Jaruzelskiego. Nie występując otwarcie przeciw Okrągłemu Stołowi, pryncypialnie zastrzegał: „Jakiekolwiek będą wyniki Okrągłego Stołu, nie przyniosą one spełnienia tych celów, o które walczyła i walczy emigracja i o które walczy kraj. Będą te wyniki stanowiły poprawę, będą stanowiły postęp i podstawę do dalszej akcji. Na terenie kraju nie wszyscy biorą udział w tych rozmowach. Bierze w nich udział tzw. opozycja konstruktywna, która gotowa jest brać udział w wyborach, które nie będą wyborami. Ale i na terenie kraju istnieje coraz bardziej rosnąca na sile grupa działaczy, organizacje niepodległościowe, organizacje niezależne, stawiające sobie ten sam cel, który stawiają sobie niezłomni z Londynu i innych miast emigracji: Polskę prawdziwie wolną i suwerenną”.

            Spojrzenie z oddali wyostrzało ocenę wydarzeń w kraju. Legalistyczna emigracja obawiała się, że kompromis okrągłostołowy jest ze strony komunistów zwykłym bluffem, taktyką nastawioną na uśpienie przeciwnika. „Po doświadczeniach stanu wojennego, który zawiódł na całej linii, bo nie tylko nie potrafił zniszczyć opozycji, ale ją wzmocnił i rozbudował, Partia przyjęła nową taktykę. Włączyć opozycję we wspólne ramy, wdrukować ją we współpracy z Partią i zneutralizować ją w ramach potężnego aparatu władzy komunistycznej i nomenklatury”– mówił prezydent otwierając pierwsze posiedzenie Rady Narodowej 10 czerwca 1989 roku.

            Jednocześnie Kazimierz Sabbat podsumowywał półwiekowy dorobek emigracji. W jednym z przemówień dokonał swoistego rozrachunku z historią: „Losy naszego narodu, naszego pokolenia, nasze osobiste przeżycia i doświadczenia uformowały nas i wywarły na nas piętno nieusuwalne. Znamy cenę poświęcenia i ofiary. Iluż to z nas zostało na polach bitew, w miejscach kaźni. Każdy akt odwagi, honoru, bezinteresowności, ofiary nawet daremnej budzi w nas wzruszenie. Znamy gorycz zawodu i zdrady. Nauczyliśmy się cierpliwości i czekania bez utraty nadziei i wiary. Czujemy się dziedzicami całej narodowej epopei. Byliśmy bowiem i jesteśmy następnym rozdziałem naszej historii. Na scenę historii weszły już dawno następne pokolenia. Jesteśmy dumni z pokolenia Wałęsy i młodych robotników z Huty – o ironio – Lenina i ze stoczni gdańskiej, jesteśmy dumni z młodzieży studenckiej idącej śladami dziadków. Te pokolenia to dalszy ciąg naszej służby z własnego wyboru, z nakazu historii.

            Kazimierz Sabbat nie krył dezaprobaty dla pomysłu wyboru gen. Jaruzelskiego na prezydenta odzyskującej niepodległość Polski. I nie chodziło tylko o osobę samego Jaruzelskiego. Dla depozytariusza narodowej godności, dla przedstawiciela „emigracji walki”, kompromis zwycięskiej „Solidarności” z komunistami był zaprzeczeniem misji jego pokolenia. Misji, którą był powrót do wolnej Polski, aby po półwieczu móc przekazać wybranemu w wolnych wyborach reprezentantowi Kraju z pietyzmem strzeżone insygnia i symbole polskiej państwowości. Oddanie prezydentury twórcy stanu wojennego było policzkiem dla emigracji niepodległościowej.

            28 lipca 1989 roku, nad grobem prezydenta Sabbata na cmentarzu Gunnersbury, przemawiał jego następca Ryszard Kaczorowski. Ostatni Prezydent RP na uchodźstwie powiedział w mowie pożegnalnej: „Odszedł on nas Polak bez skazy, człowiek nieskazitelny, najlepszy z najlepszych. Składamy jego doczesne szczątki w miejscu przeznaczonym na wieczny spoczynek. Ale wiemy, że nie o tym miejscu myślał. Życzeniem jego było by prochy jego wróciły do Polski całej, wolnej i niepodległej. Bo takiej Polsce życie swoje poświęcił”.

BURZA

Są takie wydarzenia w historii, o których nawet zawodowy badacz dziejów nie waha się pisać żółcią i goryczą. 7 lipca minęła 68. rocznica początku operacji Ostra Brama na Wileńszczyźnie.

Latem 1944 roku polityczno – militarna sytuacja na ziemiach polskich na wschód od Bugu była zła. Była gorsza od przewidywań czynionych jeszcze rok czy dwa lata wcześniej. Polski rząd, politycy, zwykli obywatele od początku wojny niemiecko – sowieckiej zakładali powtórkę z historii, wierzyli w wariant z 1918 roku, kiedy Niemcy, rozbiwszy Rosjan, sami pogrążyli się w chaosie rozprężenia i rewolucji. W roku 1944 nic takiego nie miało miejsca. Front wschodni nie tylko nie rozsypał się gdzieś w stepach Powołża, ale niczym walec, toczył się na zachód, ku Wilnu,  Lwowu, Warszawie.

Przynajmniej od 1943 roku wiadomo było, że Związek Sowiecki nie uszanuje praw Polski do jej przedwojennych granic. Odpowiedzią na zagrożenie miała być Akcja Burza, polegająca na wzmożonej dywersji na tyłach cofającej się armii niemieckiej. Militarne znaczenie Burzy wobec walczących fa froncie niemieckich i sowieckich korpusów i armii pancernych było znikome, politycznie – miała ona potwierdzić prawa Polski do Kresów, ukazać Polaków w roli gospodarzy tych ziem.

Pierwsze działania „burzowe” miały miejsce na Wołyniu, gdzie walkę podjęła 27 Dywizja Piechoty AK. Ale dużo większą politycznie wymowę miały mieć  walki o Wilno i Lwów. Niepomne na doświadczenia z 17 września, na Katyń, na enuncjacje sowieckiej dyplomacji kwestionujące prawa Polski do Ziem Wschodnich, wreszcie na nienajlepsze doświadczenia z Wołynia, dowództwo AK, przy akceptacji rządu londyńskiego, wydało rozkaz ataku.

Tysiące kilometrów od Wilna wychodzący na Bliskim Wschodzie „Dziennik Żołnierza APW” pisał w tym czasie: „Dzień pokoju musi być dniem sprawiedliwości. W tym dniu zadzwonią radośnie dzwony wileńskich kościołów, pochylą się nasze zwycięskie sztandary przed Ostrą Bramą, a z piersi polskich żołnierzy i ludu Wilna popłynie ku niebiosom ta sama pieśń dziękczynna”.

Cudu nad Wilią nie było. Generał „Wilk”, dowódca Okręgu Wileńskiego AK, wykonał rozkaz walki, chcąc zdobyć stolicę Kresów Północno – Wschodnich przed nacierającą od wschodu Armią Czerwoną. Po załamaniu się pierwszego ataku oddziałów AK na ufortyfikowane miasto doszło do zaciętych walk o kresowy gród między wojskami sowieckimi i wspomagającym je Konspiracyjnym Garnizonem Wilna, a broniącymi Wilna Niemcami. Po kilku dniach polska flaga, po raz ostatni, załopotała nad starym Wilnem.

Wówczas jednak los polskich żołnierzy był już przesądzony. Premier Mikołajczyk, przewidując rozwój wydarzeń, zaapelował 18 lipca do Winstona Churchilla o wysłanie brytyjskiego oficera łącznikowego do oddziałów polskich na Wileńszczyźnie. Szef polskiego rządu miał zapewne nadzieję, że powaga misji brytyjskiej uchroni polskich partyzantów przez agresją ze strony Sowietów – nie wiedział jeszcze, że dzień wcześniej Sowieci bezceremonialnie aresztowali ppłk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka” i internowali większość oddziałów AK na Wileńszczyźnie. Dwa tygodnie później los wilnian podzielili lwowiacy.

Akcja Burza zakończyła się polityczną klęską. Rząd polski, rzucając tysiące najlepszej młodzieży w beznadziejny bój, pozbawiał się ostatnich kart w rozgrywce o Kresy Wschodnie. Kilka tygodni później świat milcząco obserwował dramat Warszawy – o Kresach nikt poza Polakami nie chciał pamiętać. Wileński konserwatysta Stanisław Cat – Mackiewicz, podsumowując Burzę na Wileńszczyźnie, gorzko napisał: „Rząd Polski Podziemnej chciał zbawiać Warszawę kosztem oddania Wilna Rosji, to nie miał prawa rozkazywać dzieciom wileńskim, aby szły na pomoc Rosjanom w zdobywaniu Wilna”.

            14 maja 1792 r. grupa polskich magnatów zawiązała konfederację generalną przeciw „tyranii” i „despotyzmowi” Konstytucji 3 Maja. Data jak i miejsce – kresowa Targowica – były w tym względzie czysto przypadkowe – cały spisek powstał w Petersburgu i był jedynie częścią strategicznych zamierzeń rosyjskiej cesarzowej. Faktyczne znaczenie konfederacji było zresztą mocno ograniczone i rychło nabrała ona znamion politycznego mitu. Jeżeli dla zwolenników konstytucji Szczęsny Potocki et consortes byli przede wszystkim osłami, uwiedzionymi przez Katarzynę, to już dla wznoszącego szubienice mściwego ludu warszawskiego, obrońcy starych zasad ustrojowych byli zwykłymi zdrajcami, winnymi rozbiorowi kraju. Truchła wieszanych karmazynów ukonstytuowały mit Targowicy jako synonimu zdrady, zaprzaństwa, narodowej apostazji. Mit recypowany przez kolejne pokolenia i mocno osadzony w narodowej kulturze. Targowicą obrzucały się – słusznie, bądź w wyniku zacietrzewienia politycznego – kolejne pokolenia Polaków, a twórcy nieszczęsnej konfederacji zajęli w świadomości historycznej rodaków miejsca rodzimych upiorów. Wyspiański, pisząc wielkie narodowe misterium, z kręgów piekielnych wydobył Szelę i właśnie hetmana Branickiego.

            W powszechnej świadomości mit Targowicy niejako sąsiaduje z mitem Baru. Ubrana przez Słowackiego w mistyczno – profetyczne szaty, antyrosyjska i bogoojczyźniana konfederacja barska przeciwstawiana jest zdradzieckiej akcji grupki opłacanych carskimi rublami magnatów, a zrywający szaty matejkowski Rejtan zastawia drogę idącym podpisać akt pierwszego rozbioru przyszłym targowiczanom – Potockiemu i Branickiemu. Poruszając się w obszarze symboliki, możemy przyjąć taką konstrukcję, przechodząc na płaszczyznę historyczną – trudno uwiarygodnić ten naiwny obrazek. Bowiem jeżeli prefiguracją Baru była wymierzona w Stanisława Augusta i zawiązana pod matczyną opieką wojsk rosyjskich konfederacja radomska z 1767 roku, to z kolei ideologiczną spuścizną Baru była – oczywiście do pewnego tylko stopnia – właśnie Targowica.

            Można konfederację targowicką rozpatrywać jako synonim zaprzaństwa, ale można także próbować dokonać falsyfikacji tego zakorzenionego w polskiej kulturze mitu. Oczywiście prawdą jest, że Targowicę utworzyli w dużej mierze rosyjscy jurgieltnicy, że spiritus movens akcji, Szymon Kossakowski, był nawet jak na ówczesne standardy nie lada łajdakiem. Ale odsiewając zgranych karcianych szulerów, politycznych kondotierów i karierowiczów – przecież nie same podejrzane indywidua znajdujemy wśród konfederatów. Weźmy na przykład takiego hetmana Rzewuskiego – ten czołowy luminarz targowicki został ćwierć wieku wcześniej bezprecedensowo uprowadzony i wywieziony przez Repnina na kilka lat do Kaługi. Bynajmniej zresztą nie dlatego, że się sprzeciwiał rządom rosyjskim w Polsce, ale dlatego, że nie godził się na prawa dla innowierców.

            Wydaje się, że postacie Seweryna Rzewuskiego i kilku innych ideologów Targowicy stanowią idealny przykład dla zobrazowania myślowych meandrów twórców konfederacji. Meandrów trudnych do pojęcia z punktu widzenia współczesności – niesioną przez „sojusznicze” armie rosyjskie wolność przeciwstawiających trzeciomajowej tyranii. „Być może, że to usprawiedliwienie moje przed wielu mnie obwini – tłumaczył się w wydanej broszurze poseł Dłuski, podkomorzy lubelski – lecz wyznam, iż trzeci dzień maja smak życia mojego kwasem mi zaprawił, bo nie życzyłem sobie żyć dłużej nad życie narodowej wolności, a porządnej pragnąć nie przestałem. Czuję więc zbliżającą się dla mnie podróż do tych Polaków, którzy mię śmiercią poprzedzili. Konający, pismo to za paszport do wieczności trzymać w ręku będę, aby mię tamci poznali, żem Polak!”. Anonimowy autor broszury „Myśl obywatela o nowej Konstytucji” uderza w jeszcze mocniejsze tony, perorując: „Wielki Boże! Ojcze ojców naszych wolnych. Kochałeś ich, hojnymi swymi obdarzając dobrodziejstwy, wspierałeś ich dzielną ręką, kiedy swojej bronili wolności. Jeżeli dla przestępnych synów mniej łaskawym być musisz, dla zasług jednak cnotliwych ojców czyliż możesz dopuścić aby ciż sami synowie krwią ojców swoich nabytą dla siebie wolność dobrowolnie chcieli utracić? Aby sami na swe karki niewolnicze wkładali jarzmo i unikając klęsk arystokracji, ażeby haniebne monarchii chcieli przyjąć więzy?”. Jeszcze dalej w sublimacji utraconej wolności posunął się poseł Jan Suchorzewski, który próbując zablokować uchwalenie ustawy majowej przez króla, groził, że zasiecze własnego kilkuletniego synka, aby ten nie żył w niewoli, jaką niesie konstytucja.

            Oczywiście nie wszyscy targowiczanie żyli tylko po to, by oddychać wolnym narodowym powietrzem. Biskup Michał Sierakowski, który określił ziemię, dotykaną stopami Szczęsnego Potockiego – mianem świętej, miał całkiem przyziemny interes do kresowego magnata. Zadłużony purpurat, znany z tego, że zastawił Żydom swój pastorał, zwyczajnie potrzebował stałego dopływu pieniędzy na spłatę długów karcianych. Jednakże nawet uznając tromtadracje Sierakowskiego i kilku innych za pustosłowie, nie brakowało przecież wśród przywódców Targowicy osób faktycznie wierzących w wolnościowe ideały. Możnowładcy w stylu Rzewuskiego, czy Potockiego nie zdradzali przecież kraju dla podratowania budżetu. Jaki więc demiurg pisał koleje ich losów?

            Demiurgiem tym wydaje się być zwulgaryzowana i skarlała idea złotej wolności. Nie owej wolności, która swego czasu zrodziła obywatelską Rzeczpospolitą szlachecką, lecz wolności posuniętej do anarchii – będącej, używając słów Józefa Szujskiego – „Dejaniry palącą koszulą”. Znakomity badacz dziejów Polski, opisując epokę, którą wieńczyła konfederacja targowicka, nazwał ją „nie epoką wolności, bo ta zdobytą była do ostatnich granic, ale epoką nieustannej rewolucji władzy przeciw formie zastygłej, która rządzić nie pozwalała”. I taką zastygłą formę polskiego republikanizmu reprezentowała właśnie Targowica. Zastygłą w pojęciach z co najmniej z XVII wieku. Seweryn Rzewuski, który tak gorąco gardłował przeciwko Konstytucji 3 Maja, jednocześnie cieszył się na wieść, że lud paryski zburzył Bastylię. Czołowy obrońca starych swobód wiedział z książek, że francuscy tyrani więzili w Bastylii różnych Rochefoucauldów, Montmorencych czy Kondeuszów. Szczęsny Potocki, w przeddzień epoki napoleońskiej zaproponował swój projekt ustroju Rzeczpospolitej, czyniący z Polski oligarchiczną republikę szlachecką, właściwie pozbawioną władzy centralnej. Bardziej reformatorski okazał się ustrój kadłubowego państwa uchwalony przez obradujący pod dyktatem rosyjskim sejm grodzieński 1793 roku.

            Pamięć historyczna dość łatwo przeszła do porządku nad Targowicą, przeciwstawiając grupkę zdradzieckich magnatów światłym twórcom konstytucji 3 maja. Pytanie tylko, czy targowiczanie reprezentowali jedynie wąsko rozumiany partykularyzm, czy też ich poglądy ustrojowe, mentalność, stosunek do własnego państwa, były wynaturzonym dziedzictwem szlacheckiego republikanizmu, na piedestał wynoszącego wolność i jednocześnie zdejmującego z tej wolności wszelkie ograniczenia? A jeśli tak, to ile z tego dziedzictwa zostało w nas i w naszym postrzeganiu państwa i czy kategorie myślowe przywódców targowickich są aż tak odległe od stylu myślenia wielu dzisiejszych sterników narodu?

DOKOPAĆ KSIĘDZU

    „Książki nie czytałam i nawet nie mam zamiaru. Nie oznacza to, że nie przeczytałam żadnego tekstu ks. Isakowicza Zalewskiego. Z przykrością muszę zauważyć, bez względu na intencję autora, że Jego teksty wzbudzają we mnie odrazę”.

Powyższy cytat jest fragmentem jednego z wielu nieprzychylnych księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi – Zaleskiemu komentarzy powstałych po opublikowaniu najnowszej książki niepokornego kapłana. Autorka komentarza, niejaka Maria, nie jest nawiedzonym antyklerykałem – jest to zapewne pobożna pani w określonym wieku, chodząca w świątek, piątek do kościoła, dająca ile trzeba na tacę, zamknięta w hermetycznym świecie pewnych wyobrażeń, pojęć, idei. Nieczytająca, niemyśląca, za to czująca odrazę do tych, którzy świata nie chcą postrzegać w czarno – białych barwach.

Aby nie poświęcać pani Marii zbyt wiele uwagi, przejdźmy do sedna problemu, który tak ją zbulwersował. Oto bowiem ksiądz, ale także pasjonat historii, trudnych spraw, wielki społecznik, opublikował kolejną książkę, w której pisze o sprawach objętych powszechnym tematem tabu. W publikacji „Chodzi mi tylko o prawdę” znany opiekun niepełnosprawnych wchodzi na zaiste śliskie tory – po demistyfikacji tematu ubeckich donosicieli w sutannach, tym razem pochyla się między innymi nad szczególnie bolesnym problemem homoseksualizmu w Kościele. Podkreślmy z całą mocą – pochyla się, z bólem i troską, jako kapłan, jako człowiek wiary.

Nietrudno zgadnąć, że po takiej publikacji brodaty Ormianin opluwany jest na forach internetowych, ale także w tekstach publicystycznych, jako człowiek działający na niekorzyść Kościoła. Opluwany przez ludzi, którzy z czcią ucałują każdy pierścień biskupi i ze wzgardą pominą każdy prawdziwy symbol wiary. Przez tych, którzy pierwsi bronić będą Kościoła jako instytucji, ale ostatni rzucą się do ratowania przegniłych belek, gdy strop już się będzie zapadał.

Atak na księdza Isakowicza – Zaleskiego jest w rozumieniu jego krytyków próbą obrony Kościoła. Ale Kościół nie takiej potrzebuje obrony. By móc głosić zasady moralne, księża i biskupi sami muszą tych zasad przestrzegać. By móc ewangelizować, samemu trzeba mieć w sobie moc wiary. A jakąż siłę moralną, jaką wiarę mogą mieć w sobie pederaści i pedofile skrywający się pod sutannami, jakie świadectwo mogą dawać byli komunistyczni donosiciele?

Ksiądz Isakowicz – Zaleski jest gorliwy w tym co mówi i pisze i z tego jego krytycy czynią mu zarzut. Ale jego gorliwość ma w sobie coś z pasji wielkich odnowicieli Kościoła – ludzi, którzy żywego Boga poszukują w zmurszałych fundamentach. On się nie musi dzisiaj bronić przed zarzutami świętoszkowatych prawicowych publicystów, którzy gotowi są trwać w obłudzie, aby trwać. Ksiądz Tadeusz swoim życiem, swoim służeniem zapomnianym sprawom i potrzebującym bliźnim dał już wystarczające świadectwo własnej wiary. I oby z takimi księżmi Kościół wkraczał w trzecie tysiąclecie.

    Niemal dziesięć miesięcy temu, zaabsorbowany szeregiem istotniejszych spraw, zmuszony byłem zawiesić działalność blogerską. Miłym dla mnie zaskoczeniem jest oglądana po tym czasie statystyka bloga, która wskazuje, że teksty przeze mnie napisane nadal żyją wirtualnym życiem, a internauci – za pomocą wyszukiwarek, ale nie tylko – wciąż trafiają w niemałej liczbie na GOTOBLOGA.

Dziesięć miesięcy to, kolokwialnie mówiąc, kupa czasu. Życie, chciałoby się wierzyć nie jest „Modą na sukces”, ani innym „Klanem” i pewne rzeczy odchodzą, pewne sprawy się rodzą. Natomiast debata publiczna stanowić powinna – w założeniu – emanację tych zmian.

Na szczęście – dla komentatorów – nasza debata publiczna jest na tyle jałowa, że każdy może się na kilka miesięcy wyłączyć  i wiele nie straci z rozumienia spraw dziejących się wokół nas. Mój ostatni wpis brzmiał: „Co dalej z PJN?”. Dziś sam się uśmiecham z tego, co napisałem w czerwcu 2011 roku. O ileż łatwiej mają historycy, patrzący z dystansu, niż socjolodzy, politolodzy, komentatorzy polityczni, których bieżące opinie idą po pewnym czasie na przemiał. Nie ma PJN, jest „Solidarna Polska”, która skończy zapewne w podobny sposób. Cykliczność od kilku dobrych lat jest cechą przypisaną życiu publicznemu w Polsce – kolejne wybory, kolejne rocznice, kolejne lata nieważnych sporów, przebrzmiałych haseł, plastikowej polityki i ludzi z papieru.

I chcąc do tego wszystkiego się odnosić, coraz trudniej jest tworzyć frazy, które mają jakieś znaczenie, coraz trudniej jest pisać, myśląc – jak głosi motto GOTOBLOGA – o rzeczach ważnych…